Euroislam

Euroislam

W islamie trzeba oddzielić religię od państwa, tak jak to zrobiło chrześcijaństwo - mówi imam Selim Chazbijewicz

Dawid Warszawski: Panie imamie, jesienią zeszłego roku na uroczystości żałobnej w warszawskiej synagodze po zamachu terrorystycznym na synagogę w Stambule odczytano Pański list. Napisał Pan w nim, że społeczność muzułmańską toczy rak terroryzmu i że prosi ona o pomoc w walce z nim. Dlaczego jest to rak? Dlaczego nie mają racji ben Laden i jego duchowni poplecznicy, którzy twierdzą, że to właśnie jest islam?

Imam Selim Chazbijewicz: - Mordercy nie mogą mieć racji. Ale część muzułmanów wpadła w pułapkę lęku przed Europą i kompleksu Europy równocześnie. Terroryzm jest zarazem kalką europejskich zachowań, zresztą wszystkie ruchy i ideologie polityczne w islamie zrodzone w wieku XX są takimi kalkami. Element przemocy był jednak w islamie zawsze obecny. Nie wiem, czemu to przypisać. Powiedziałbym: charakterowi narodowemu Arabów, ale nie mam zamiaru obrażać narodu ani kultury, która składa się na kulturę muzułmańską, a więc również w pewnym sensie moją. Mówię w pewnym sensie, bo jestem również, czy może nawet bardziej, przynależny do kultury europejskiej, jestem euromuzułmaninem. Jednak w islamie zawsze były takie skrajności. Poczynając od sekty azrakitów, która już w niecałe sto lat po śmierci proroka Muhammada mordowała wszystkich, którzy nie wyznawali jej poglądów, a zwłaszcza tych muzułmanów, których uznała za niewiernych. Może to kwestia wieku? Islam jest najmłodszym monoteizmem. Ale myślę, że tak naprawdę główną rolę odgrywa tu brak ewolucji doktryny. Azrakici i im podobni byli marginesem, ale w islamie nastšpiło w średniowieczu zatrzymanie naturalnego rozwoju teologicznego.

Dlaczego islam bardziej bał się zmiany doktryny niż chrześcijaństwo czy judaizm?

- Zwolennicy zmian w islamie przegrali. Judaizm był w sytuacji swoiście komfortowej, bo przez dwa tysiąclecia nie sprawował władzy politycznej. W chrześcijaństwie z kolei dość wcześnie nastąpiło oddzielenie religii od państwa. Natomiast państwa muzułmanów pozostały islamskie, teologia była podstawą polityki, a państwo musiało dbać o własne interesy i przejęło kontrolę nad teologiš. Islam jest religią oraz systemem kulturowym czy cywilizacyjnym, a więc ideowym, ideologia zaś musi podlegać modyfikacjom. Próbowano to zatrzymać sztucznie i stąd jest tak, jakby ktoś chodził w przyciasnym ubraniu.

Czyli religijne uzasadnienie terroryzmu w islamie jest anachronizmem?

- Po części tak. Ja myślę, choć bywałem za to atakowany, że cywilizacja muzułmańska powinna rozwijać się w zupełnie inny sposób. Tak twierdził krymski Tatar Ismail Gaspriński, wielki reformator, który żył w latach 1856-1914. W latach 80. XIX wieku wydawał czasopismo, które się nazywało "Terdżuman", co w języku tatarskim znaczy tłumacz. Chodziło mu o tłumaczenie jednej kultury na drugą. Pismo miało za zadanie przybliżać narodom Wschodu cywilizację Europy. Z czasem "Terdżuman" stał się najbardziej poczytnym pismem na Bliskim Wschodzie, docierał do Indii, Persji, oczywiście Turcji. Był tam najbardziej opiniotwórczą gazetą. Koncepcja Gasprińskiego znalazła kontynuatorów. Wyrosła z niej cała reforma turecka i przeprowadzona potem przez Atatürka laicyzacja państwa.

Ale to zrobiło państwo, nie religia.

- To zrobili ludzie wychowani w islamie, którzy chcieli oddzielić religię od państwa. Ich dzieło należy kontynuować: islam powinien mieć swoją głęboką odnowę na wzór chrześcijańskiej. Z tą koncepcją walczą ortodoksi skrajni, nazywani fundamentalistami. Chcą przywrócić państwo muzułmańskie, choć bardzo wielu uczonych wątpi, czy takie państwo kiedykolwiek istniało w takim znaczeniu, jakie dzisiaj mu się nadaje. Ja sam zaś jestem głęboko zafascynowany tymi reformami i ruchem młodotureckim w ogóle.

Ale poza Turcją to się nigdzie nie dokonało. Mało tego, ten odłam opinii muzułmańskiej, który najgłośniej słychać dzisiaj, pewnie w Panu upatrywałby odszczepieńca, kapitulanta czy wręcz zdrajcy. Na ile to, co Pan mówi, jest reprezentatywne dla współczesnej opinii islamskiej?

- Niewątpliwie "moderniści" muzułmańscy, zwolennicy przemian, okcydentalizacji, są obecnie w mniejszości. A już na pewno są mniej słyszalni. Ich poglądy podziela większość polskich Tatarów. Na świecie niewątpliwie myślą w ten sposób elity tureckie, a sądzę, że również spora część elit irańskich, którym obecny reżim został narzucony. Iran by się bardzo szybko zeuropeizował, gdyby ten reżim pękł. Myślę, że podobny proces zaczął się już w Pakistanie, choć nie jest kontynuowany. Tak samo w Malezji, już nie mówiąc o muzułmanach europejskich. Muzułmanie po prostu nie zdołali wykształcić odpowiednich elit. Kształcili je świadomie muzułmanie rosyjscy, ale zniszczyli je bolszewicy. Powstała tam młoda inteligencja nastawiona nacjonalistycznie i laicko, ale została wymordowana. Muzułmanie w wieku XX niemal nie mieli przyzwoitych przywódców politycznych, Arabowie zaś to w ogóle tragedia pod tym względem.

Czy islam bośniacki odegrał tu jakąś rolę? Czy ludobójstwo Bośniaków wpłynęło na obraz Europy w oczach muzułmanów?

- Niewątpliwie bośniaccy muzułmanie patrzą dziś na Europę nieufnie. Mam stamtąd krewnych. Nie wybrali azylu w Turcji czy w krajach arabskich, tylko żyją w Danii i tam się naturalizują. Mimo wszystko wybrali kulturę europejską.

Upatruję odnowy islamu w europeizacji, okcydentalizacji. Dobrze rozumianej, nie chodzi o hamburgery i coca-colę, tylko o system szkolnictwa, który byłby w stanie wytworzyć całkiem nowe elity intelektualne, pozbawione kompleksu wobec Europy i partnerskie wobec niej - jak Japończycy. Na razie partnerstwa nie ma, trwa walka, nienawiść połączona z kompleksem.

Na specyfikę wewnętrzną islamu, o której Pan mówił, nakłada się też trwający już sto lat konflikt polityczny w Izraelu/Palestynie.

- Tutaj dopiero młode pokolenie, po obu stronach, ma szanse cokolwiek zrobić. Te narody muszą jakoś koegzystować. Niewątpliwie powinno powstać jakieś państwo palestyńskie, chociaż nie wiem, czy nie byłoby tworem w pewnym sensie sztucznym. Musiałoby żyć z dotacji krajów naftowych, bo żadnych bogactw naturalnych tam nie ma. Arafat przechodził już tyle metamorfoz, że nie wydaje mi się wiarygodnym rozmówcą. Zaczynał w organizacji Braci Muzułmańskich, potem był marksistą, potem znowu się deklarował jako muzułmanin, jeszcze był po drodze socjalistą. Arafat za długo chce rządzić. Kiedyś trzeba oddać władzę młodszym, sprawniejszym, bardziej wykształconym. 

Niedawno wrócił Pan z Izraela. Jakie wrażenia?

- Pozytywne. Jest to po prostu dobrze zorganizowany kraj. Widać dbałość Żydów o ten kraj, ich bezinteresowną doń miłość. Jest tam jednak wszędzie widoczne napięcie. Jak się wchodzi do sklepu, do kawiarni czy na pocztę, wszędzie są bramki, trzeba pokazywać, co się ma w torbie. Atmosfera jest prawie wojenna, ludzie z bronią na ulicach. Zarazem bardzo rzuca się w oczy wzajemne odgrodzenie się obu społeczeństw: w Jerozolimie w dzielnicy żydowskiej nie widać Arabów, a Żydzi z kolei prawie nie wchodzą do dzielnicy arabskiej. 

Czy zgodziłby się Pan na kompromis w sprawie miejsc świętych?

- Myślę, że można by się porozumieć. Trzeba jednak rzeczywiście dobrej woli obu stron, z wykluczeniem ekstremistów. Tymczasem widziałem po stronie żydowskiej złotą menorę przygotowaną do wniesienia do świątyni, która miałaby stanąć na Wzgórzu Świątynnym, gdzie dziś jest meczet al Aksa i Kopuła Skały. Niemniej Abraham i Salomon są również czczeni przez muzułmanów - jako Ibrahim i Sulejman.

Muzułmański Związek Religijny w Polsce zajmuje w świecie muzułmańskim dość nietypowe stanowisko w sprawie konfliktu wokół wypowiedzi muftiego Jakuba Szynkiewicza.

- W 1932 roku mufti Szynkiewicz był w Jerozolimie na światowym kongresie muzułmańskim. W wywiadzie dla jednej z tamtejszych gazet żydowskich powiedział, że Żydzi mają prawo do stworzenia własnego państwa w Palestynie. Miał bardzo szerokie horyzonty.

Jak to zostało przyjęte?

- Bardzo niedobrze. Ówczesny przywódca muzułmanów palestyńskich mufti Hadż al Huseini miał do niego pretensje o tę wypowiedź. Ale Tatarzy polscy, polscy muzułmanie nigdy nie byli antyżydowscy.

Czy to wpłynęło na stosunek innych muzułmanów do polskich Tatarów?

- Być może, choć przed II wojną cały konflikt żydowsko-palestyński nie był tak nagłaśniany, więc i wypowiedź muftiego Szynkiewicza nie stała się wielką sensacją. Po wojnie zaś powstała dla nas zupełnie inna sytuacja, bośmy się stali w Polsce malutką mniejszością, całkowicie odciętą od wpływów i kontaktów. Mufti Szynkiewicz, uciekając przed Armią Czerwoną, wyjechał do Egiptu, a potem do USA, gdzie zmarł.

Zapewne z muftim i z Panem nie zgodziłby się w sprawie Izraela/Palestyny ani w żadnej innej poznański imam Ammar, deportowany z Polski.

- Wolałbym, żeby mnie w ogóle z nim nie łączyć. My z takimi ludźmi nie mamy nic wspólnego.

Dlaczego?

- Tak jak Polak katolik różni się od katolika Irlandczyka, Hiszpana, tak polski Tatar różni się w sposób istotny kulturą, tradycją, wychowaniem, wszystkim, od muzułmanina z Jemenu. Wspólna jest podstawa religii, ale ona nie jest tak szeroka, by stawiać tu znak równości. Sposób myślenia tego pana jest mi całkowicie obcy i mam nadzieję, że obcy pozostanie, mimo że podczas modlitwy wykonujemy te same rytualne gesty. On zresztą, wbrew temu, co pisały media, nie był duchownym. W islamie nie ma duchownych. Jest gmina muzułmańska w Poznaniu i on tam prowadził modlitwy, ale równie dobrze mógłby je prowadzić ktoś inny. Nasi imamowie nie przypominają księży, już raczej rabinów. Czytałem wywiad z tym panem w "Dzienniku Bałtyckim" - to było żenujšce. Jego interpretacja islamu to populizm z elementami socjalizmu i dużą dozą totalitaryzmu. Nie chciałbym żyć w państwie, którym rządziliby tacy ludzie.

Czy upatrywałby Pan w reakcji władz polskich czy polskiej opinii publicznej na tę sprawę rasizmu, dyskryminacji?

- Nie. Ja bym sam go wydalił. Władze polskie zareagowały najlepiej jak mogły, zanim się stało coś złego. Jest zresztą jeszcze paru ludzi w Polsce, których trzeba by potraktować tak samo. 

To, co Pan mówi, pokazuje specyfikę polskiego islamu, islamu polskich Tatarów.

- Polscy Tatarzy to nie jest cały polski islam: są jeszcze grupy młodsze, Arabowie, jak pan Ammar, i konwertyci, często szczególnie radykalni. Niewiele mamy z nimi wspólnego. Polscy Tatarzy są grupą etniczną żyjącą na obszarze Rzeczypospolitej już od sześciuset lat. Przywędrowali mniej więcej w drugiej połowie wieku XIV. Turcy osmańscy i Tatarzy krymscy zarzucali polskim Tatarom, że walczą w armii koronnej przeciw swoim pobratymcom. Oni zaś odpowiadali: ani Bóg, ani Prorok nie każe wam napadać na Polaków i Litwinów, i my was zwalczamy jako bandytów, a nie współwyznawców. Dokładnie to samo można by odnieść do czasów współczesnych. 

Rozmawiamy w Sandomierzu 14 czerwca, na zakończenie zwołanej przez lokalną organizację Ekosan konferencji, w której uczestniczyli polscy muzułmanie, katolicy i Żydzi. Czy możliwa jest kontynuacja takiego dialogu w Polsce i poza Polską?

- Sądzę, że będzie wielu przeciwników, ale ten dialog powinien być kontynuowany. Uczmy się na przykładzie ruchu paneuropejskiego. Jeszcze 50 lat temu uważano jego entuzjastów prawie za szaleńców, a dzisiaj mamy zjednoczoną Europę. Mam nadzieję, że tak będzie również z naszym dialogiem. Obecnie uważani za szaleńców, zdrajców czy odszczepieńców, będziemy kiedyś postrzegani jako prekursorzy tego, co wszyscy wówczas uważać będą za normalne: pokojowej koegzystencji, uczenia się od siebie nawzajem.


Selim Chazbijewicz

Profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Ukończył studia polonistyczne na Uniwersytecie Gdańskim, zrobił doktorat na Wydziale Nauk Społecznych UAM w Poznaniu. Jest autorem książek poetyckich i eseistycznych na temat polskich i litewskich Tatarów. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, w latach 1986-91 redaktor naczelny kwartalnika "Życie Muzułmańskie". Założył Związek Tatarów Polskich, jest jego prezesem. Imam gminy w Gdańsku do 2003 roku. Współprzewodniczy Radzie Wspólnej Katolików i Muzułmanów.


rozmawiał: Dawid Warszawski

 

16-07-2004

 
Start > artykuły i listy zebrane > Euroislam