Posłuchaj pan o wymierających wsiach

 

Posłuchaj pan o wymierających wsiach

23 kwi 10, 11:00

Maciej Stańczyk / Onet

Starzy poumierali, młodzi wyjechali do miasta. – Myśleli, że tam kiełbasa na płotach wisi i można ją rwać do woli  - mówią Tatarzy, którzy zostali na ziemi ojców. Jest ich tylko garstka.

- Daj pan trzy złote, zzuj buty i słuchaj opowieści, tylko nie przerywaj, bo będę zaczynała od początku - mówi starsza kobieta i palcem pokazuje na tureckie kilimy, na których mam usiąść. Sama siada na schodach mimberu i zaczyna:

- Tu historyczna ziemia, a my historyczni ludzie. Już za kniazia Witolda osiedliśmy na tej ziemi, cały czas dzielnie walczyliśmy za Rzeczpospolitą, aż w końcu król Jan III Sobieski nagrodził nas za wierną służbę, ziemie dał na własność, gospodarzyć pozwolił, nazwiska zaczął nadawać, bo my wcześniej nazwisk nie mieliśmy. Ziemią spłacił dług za zaległy żołd dla naszych żołnierzy. Było nas tu kilka wsi, cała grodzieńszczyzna, to polscy Lipkowie. Tak o nas mówili. Meczety pobudowaliśmy, cmentarze wznieśliśmy. Spokojnie żyliśmy, a później znowu w wojnach przyszło nam walczyć, znowu wiernie przy Rzeczpospolitej służyć. Nasz człowiek to zaufany Józefa Piłsudskiego, w Warszawie nawet ma swoją ulicę. Bo my waleczne ludzie, ale dobre, spokojne, uczynne. Teraz nas mało. W całej Polsce może pięć tysięcy, tutaj garstka. A kiedyś przecież dziewiętnaście meczetów na tej ziemi stało. Postawili granicę, meczety zostały na Litwie, w Białorusi. Tutaj dwa. W Kruszynianach i u nas. Bo my są w Bohonikach. Ja Eugenia. Tatarka. Teraz możesz pan pytać.

Kwiaty na fundamentach

Ma 64 lata i w weekendy bardzo mało czasu. Nie może gospodarzyć, bo do meczetu w kółko ktoś przyjeżdża, trzeba go oprowadzić, opowiedzieć swój monolog. To jej rola. Od dobrych kilku lat. Ze mną też rozmawia w meczecie. Ubrana w długi czerwony płaszcz, wełniany beret i ciepłe skarpety, bo w meczecie zimno, lżej ubranym wysiedzieć się nie da. Opowiada szybko. Śpieszy się.

- Dziś nie pada, trzeba kwiaty zasadzić. O, tu na tych fundamentach. Miał stanąć nowy meczet, dobudowany do starego, ale konserwatorzy nie pozwolili, bo ten stary to zabytek klasy zerowej. Mówili, że to jakby halę sportową do Wawelu dobudować. A fundamenty już zalane, zostały. No i kwiaty sadzimy. Milej to zawsze posiedzieć, popatrzeć - tłumaczy Eugenia Radkiewicz i woła wnuczkę do pomocy.

Meczet wykonany z jasnego drewna wygląda trochę jak mała cerkiew, tylko zwieńczona kopułą z pozłacanym półksiężycem. Powstał w XIX wieku, ale dokładnie kiedy, nie wiadomo, bo nie zachowały się żadne dokumenty. Hitlerowcy urządzili w nim szpital polowy, doszczętnie zrujnowali, ale Tatarzy z mozołem odbudowali swoją świątynię. W środku podłogi wyłożone wschodnimi kilimami, na ścianach makaty z arabskimi wersetami Koranu. Do tego mihrab, czyli nisza, w której modli się imam zwrócony w stronę Mekki i kazalnica, przez muzułmanów nazywana mimberem. Pachnie Orientem i jeszcze świeżymremontem.

- Bohoniki dla muzułmanów to jak Jasna Góra dla katolików. Na święta robi się tu gwarno, tłocznie. Muzułmanie przyjeżdżają się modlić, zaglądają na groby bliskich. Wielu stąd wyjechało. Młodzi myślą, że w miastach to kiełbasa na płotach wisi, można rwać, ile się chce. Ojcowiznę zostawili. Ale zarobią i wrócą, gdzie się będą tułać po świecie - mówi Eugenia Radkiewicz i teraz to już naprawdę zabiera się za sadzenie kwiatów.

Wymarła wieś

Bohoniki to typowa ulicówka. Dwadzieścia kilka chałup, schowanych za puszczą knyszyńską. Niektóre chylą się ku ziemi. Okna pozabijane deskami, ogrody porośnięte kniejami, płoty chwiejące się na wietrze. Wymarła wieś – tak o Bohonikach mówią w niedalekich Krynkach, w Supraślu. Kiedyś większość we wsi stanowili Tatarzy, dziś zostały cztery rodziny. Starzy poumierali, młodzi uciekli do miast.

- Brzydka ta nasza wieś, nie rób pan zdjęć tych zapuszczonych chałup - upomina mnie Zofia Bohdanowicz, gdy wyciągam aparat z torby. - W tamtej chałupie dach się spalił. Tatar, trochę popijał, ogień zaprószył, sam w ogniu skończył, bo po psa wracał. Pustych domów tu mnóstwo. To obok też Tatar był. Dzieci zostały, ale wyjechały do miasta, w Białymstoku siedzą. O, a tu, gdzie ten niebieski dom, imam kiedyś mieszkał. A teraz żyją tu katolicy. Tatarzy wyjechali, ziemie sprzedali. Moja córka też w świat poszła. W Algierii siedzi, za Araba wyszła. Przyjechał do Bohonik modlić się, ona drzwi w meczecie otwierała, tak się poznali. Chustą twarz okrywa. Mnie zięć też chciał chustę założyć, ale mu powiedziałam: "Józuś my inni, zresztą, ja już na to za stara". Bo my też pobożni, też religijni, ale po polsku żyjemy - opowiada Zofia Bohdanowicz.

Rozmawiamy na ławce przed domem. Zofia na dworze kończy jeść obiad, choć zacina zimny wiatr. Ali, jej mąż, przysłuchuje się rozmowie. Kiedyś, za młodu, opiekował się meczetem, ale teraz za słabo już widzi. Dnie spędza na ławce przed domem. Odzywa się niewiele, jak już to pyta.

- Skąd pan przyjechałeś?

- Z Warszawy - odpowiadam.

- To powiedz pan, czy Ochota, jadąc z Białegostoku, to daleko, przez Wisłę trzeba przejeżdżać?

- Daleko, trzeba przejechać.

- To pewnie tramwajem trzeba jechać. Kiedyś już jechałem. Tak jak na stalowym wozie. Do Warszawy chciałbym pojechać. Na Ochotę. Meczet tam stawiają, pomodlić się chciałem - mówi w końcu Ali.

Autor: Maciej Stańczyk

Źródła: Onet

 
Start > artykuły i listy zebrane > Posłuchaj pan o wymierających wsiach