artykuły i listy zebrane

19 glodnych godzin

 

Подробнее...

 

Spalone meczety w powiecie bialskim

Dziś po meczetach w powiecie bialskim nie ma śladu. A istniały w Studziance i Lebiedziewie. Zachowały się jedynie skąpe zapiski historyczne.

 

Po meczecie studziańskim jedyny ślad to fotografia sprzed 1915 roku. Po lebiedziewskim nie ma i tego. A jednak istniały. Niektórzy współcześni badacze przeszłości usiłują podważyć istnienie meczetu w Lebiedziewie. Skąd jednak wziąłby się w tej miejscowości mizar - cmentarz muzułmański. Wszak meczety, podobnie jak kościoły i cerkwie, budowano w tych samych miejscowościach, co cmentarze. O istnieniu meczetu w Lebiedziewie pisze Bolesław Górny, przedwojenny wicestarosta bialski, w swojej monografii powiatu. Magister prawa jakby nie było i urzędnik państwowy. Miał też większy dostęp do dokumentów, z których wiele zaginęło podczas II wojny światowej. Zresztą nie miał powodu, aby wymyślić sobie meczet i to akurat w Lebiedziewie-Zastawku.

Włości lebiedziewskie otrzymał w 1679 od polskiego króla płk Samuel Murza Korycki wraz - jak wtedy nazywano - kompanią, czyli podległymi mu Tatarami. Byli oni wyznawcami islamu i mieli prawo budować swoje świątynie. Oczywiście za zgodą króla polskiego i biskupa wileńskiego – Lebiedziew leżał na Litwie. Zgodę na budowę meczetu było łatwo uzyskać w czasach Jagiellonów, nazywanych przez Tatarów białymi chanami. Potem różnie z tą zgoda bywało. Dopiero w roku 1768 i 1775 zniesiono ograniczenia dotyczące wznoszenia meczetów.

W dokumentach XIX-wiecznych wymieniamy jest drewniany meczet w Lebiedziewie, w którym obowiązki duchowne spełniał mułła. Obecnie nazywany imamem. Lebiedziewski meczet mógł być również domem modlitwy, mylnie nazwanym meczetem. Pewności jednak niema. Wiadomo, że budynek był dość duży, przedzielony ścianą na dwie części – oddzielne dla kobiet i mężczyzn. Drewniany meczet w Lebiedziewie istniał do 1886 roku. Został spalony. Z nieznanych dziś przyczyn. Kiedy został zbudowany nie wiadomo, gdyż nie zachowały się przekazy historyczne.

Nieznana jest też dokładna data wzniesienia meczetu w Studziance. Chociaż niektóre źródła datują jego budowę po 1679 roku, czyli osadzeniu w tej miejscowości Tatarów. Za zasługi wojenne dla Rzeczypospolitej. Meczet w Studziance też był drewniany, gdyż w dawnej Polsce tylko takie budowano. Na murowane Tatarów polskich nie było po prostu stać. Z tych samych przyczyn meczety w dawnej Polsce, w odróżnieniu od krajów islamskich, nie miały strzelistych minaretów – wież - tylko cebulowato zakończone kopuły ze złoconym półksiężycem. Malowano je na kolor zielony, a dachy – przeważnie czterospadowe - pokrywano gontem. Meczet w Studziance znajdował się w centrum wsi, w miejscu gdzie dziś jest szkoła podstawowa.

W „Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich”, wydanym w 1890 roku, pod hasłem Studzianka można przeczytać: „Wieś i folwark nad rzeką Zelwą (Zielawą – przyp. red.), pow. bialski, posiada meczet drewniany”.

Studziański meczet spaliły w roku 1915 wycofujące się wojska carskie. W ramach taktyki spalonej ziemi, która zakładała, że powstrzyma to nacierającą armię niemiecką.

W tym przypadku nie spełniło się polskie przysłowie, że gdzie się dwóch bije tam trzeci korzysta. Wyszło na to, że traci. Krajobraz bialskiego powiatu też sporo na tym stracił.

 

Nasi Tatarzy - promocja i pomoc za unijną kasę

Nasi Tatarzy - promocja i pomoc za unijną kasę

tuli
17.04.2012 , aktualizacja: 17.04.2012 15:44
A A A Drukuj
TatarzyFot. Grzegorz Dąbrowski / Agencja GazetaTatarzy
Studenci i doktoranci wydziału prawa Uniwersytetu w Białymstoku będą wspierać podlaską mniejszość tatarską w kwestiach prawnych i propagować jej kulturę.
To wszystko w ramach projektu "Nasi Tatarzy" na który pozyskali grant z unijnego programu "Młodzież w działaniu". 

Pomysłodawcą i koordynatorem jest grupa doktorantów i studentów z uniwersyteckiego wydziału prawa współpracujących z Kołem Prawa Zarządzania Funduszami Europejskimi. Na przeprowadzenie wszystkich zaplanowanych działań otrzymali ponad 3 tys. euro. 
Główne założenie programu "Nasi Tatarzy" jest takie, aby przybliżyć wszystkim studentom Uniwersytetu w Białymstoku kulturę mniejszości tatarskiej. A jednocześnie wspierać samych Tatarów i pomagać im zwłaszcza w kwestiach prawnych. Dlatego zaplanowano szkolenia i warsztaty m.in. z procedur wymaganych przy rejestracji stowarzyszeń czy pozyskiwaniu środków finansowych na działalność statutową. Pierwsze warsztaty planowane są na listopad 2012 r.



Więcej... http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35235,11556815,Nasi_Tatarzy___promocja_i_pomoc_za_unijna_kase.html#ixzz1sTVLdRWa

 

Związek Tatarów Polskich chce uczyć Tatarów etnicznego języka

Związek Tatarów Polskich chce uczyć Tatarów etnicznego języka

prx, pap
22.11.2011 , aktualizacja: 22.11.2011 16:20
A A A Drukuj
Związek Tatarów Polskich chce uczyć mieszkających w kraju Tatarów ich etnicznego języka. Obecnie stara się pozyskać fundusze m.in. na przetłumaczenie elementarza oraz przygotowanie pierwszych lekcji tatarskiego
Tatarzy
Fot. Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta
Tatarzy
Prezes Związku Tatarów Polskich Jan Adamowicz uważa, od kilku lat widać wśród Tatarów coraz większą potrzebę powrotu do tradycji, w tym chęć nauki języka przodków. Dodał, że mniejszość tatarska jest jedyną wśród innych mniejszości w Polsce, która nie posługuje się swoim językiem etnicznym. 

Historia osadnictwa tatarskiego na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej ma ponad 600 lat. Jako datę dobrowolnego osadnictwa tatarskiego w Wielkim Księstwie Litewskim i Rzeczypospolitej, Jan Długosz podaje rok 1397.
Na ziemie polskie Tatarzy przynieśli ze sobą islam. Już jednak w XVI-XVII wieku zatracili swój język i wiele obyczajów, nazwiska rodowe uległy spolszczeniu.

Ilu jest obecnie Tatarów w Polsce, dokładnie nie wiadomo. W środowisku tej mniejszości działa Muzułmański Związek Religijny w RP oraz Związek Tatarów Polskich. Ten pierwszy liczbę polskich muzułmanów, w większości właśnie pochodzenia tatarskiego, szacuje na ok. 5 tys. osób.

Adamowicz powiedział, że współcześnie polscy Tatarzy w większości nie znają języka: ani alfabetu, ani podstawowych zwrotów. Dlatego też nauka tatarskiego musiałaby się rozpocząć od podstaw. Dodał, że najważniejsze jest, aby Tatarzy poznali litery, ich brzmienie, żeby później mogli uczyć się pierwszych słów jak "dzień dobry" czy "dziękuję".

Związek złożył wnioski o dofinansowanie edukacyjnego programu, który zakłada m.in. przetłumaczenie z rosyjskiego elementarza do nauki języka tatarskiego, zakup pomocy dydaktycznych a także przygotowanie pierwszych lekcji. Koszt projektu to ok. 20 tys. zł, a wnioski zostały złożone do MSW oraz Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego.

Adamowicz powiedział, że najwięcej środków, a także czasu, zajmie przetłumaczenie elementarza. Związek znalazł też osobę, która poprowadziłaby lekcje. Dodał, że zostaną na nie zaproszeni wszyscy zainteresowani Tatarzy, bez względu na wiek. 

Takie lekcje mogłyby się rozpocząć w przyszłym roku. W dalszych planach jest też prowadzenie regularnych kursów, oddzielnie dla dzieci i dorosłych, a także otwartych lekcji dla wszystkich zainteresowanych.

Zobacz więcej na temat:



Więcej... http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35241,10690796,Zwiazek_Tatarow_Polskich_chce_uczyc_Tatarow_etnicznego.html#ixzz1qu7KPkmc

 

Tatarzy otrzymali pieniądze na naukę języka etnicznego

Tatarzy otrzymali pieniądze na naukę języka etnicznego

pcg, pap
05.01.2012 , aktualizacja: 05.01.2012 10:43
A A A Drukuj
TatarzyFot. Jędrzej Wojnar / Agencja GazetaTatarzy
Związek Tatarów Polskich będzie uczył Tatarów ich etnicznego języka. Właśnie otrzymał państwową i samorządową dotację, w sumie 25,5 tys. zł, m.in. na przetłumaczenie podręcznika do nauki oraz pierwsze lekcje tatarskiego. Zajęcia mają ruszyć w czerwcu.Dofinansowanie projektu edukacyjnego w wysokości 18 tys. zł pochodzi z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, natomiast dotacja 7,5 tys. zł - z konkursu na działalność kulturalną, zorganizowanego przez Urząd Marszałkowski w Białymstoku.

- Dzięki tym pieniądzom będzie można ruszyć z nauką języka tatarskiego. Według niego, pierwsze lekcje mogłyby odbyć się w czerwcu- powiedział Jan Adamowicz, prezes Związku Tatarów Polskich.

Adamowicz widzi potrzebę nauki etnicznego języka zarówno wśród młodszych jak i dorosłych osób pochodzenia tatarskiego. Według niego, w pierwszych lekcjach będzie mogło wziąć udział 50 Tatarów. 

Adamowicz powiedział, że najważniejsze obecnie jest przetłumaczenie, z języka rosyjskiego, elementarza do nauki tatarskiego. Dzięki temu będzie możliwa nauka podstaw języka, którego, jak dodał Adamowicz, polscy Tatarzy często w ogóle nie znają. 

Pieniądze przeznaczone zostaną też m.in. na przygotowanie pomocy dydaktycznych (w tym np. specjalne filmy), opłacenie nauczyciela języka tatarskiego czy opłatę za wynajęcie sali. 

Lekcje tatarskiego mają odbywać się w Białymstoku, raz w tygodniu. Adamowicz powiedział, że najważniejsze jest, aby Tatarzy poznali litery, ich brzmienie, żeby później mogli uczyć się pierwszych słów jak "dzień dobry" czy "dziękuję".

Historia osadnictwa tatarskiego na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej ma ponad 600 lat. Jako datę dobrowolnego osadnictwa tatarskiego w Wielkim Księstwie Litewskim i Rzeczypospolitej, Jan Długosz podaje rok 1397.

Na ziemie polskie Tatarzy przynieśli ze sobą islam. Już jednak w XVI-XVII wieku zatracili jednak swój język i wiele obyczajów, nazwiska rodowe uległy spolszczeniu. 

Ilu jest obecnie Tatarów w Polsce, dokładnie nie wiadomo. W środowisku tej mniejszości działa Muzułmański Związek Religijny w RP oraz Związek Tatarów Polskich. Ten pierwszy liczbę polskich muzułmanów, w większości właśnie pochodzenia tatarskiego, szacuje na ok. 5 tys. osób.



Więcej... http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35241,10916783,Tatarzy_otrzymali_pieniadze_na_nauke_jezyka_etnicznego.html#ixzz1qu5WjPxB

 

W Białymstoku wspominano Tatarów zasłużonych dla kraju

W Białymstoku wspominano Tatarów zasłużonych dla kraju

prx, pap
27.11.2011 , aktualizacja: 27.11.2011 12:10
A A A Drukuj
Z inicjatywy muzułmańskiej gminy wyznaniowej, w Białymstoku wspominano w niedzielę Tatarów zasłużonych dla Rzeczpospolitej w XIX i XX wieku. Przedstawiciele tej mniejszości uważają, że to okazja do poznania swojej historii i kształtowania tożsamości tatarskiej
Podlascy Tatarzy
Fot. Jędrzej Wojnar / Agencja Gazeta
Podlascy Tatarzy
Spotkanie odbyło się w jednej z białostockich szkół, w jego przygotowaniu uczestniczyły tatarskie dzieci i młodzież, które uczęszczają na religię muzułmańską. Modlono się w intencji poległych i zmarłych, recytowano wiersze, zaprezentowano też wystawę z portretami i krótkimi biogramami zasłużonych dla kraju Tatarów.

Jak powiedziała organizatorka "wspominek", przewodnicząca gminy muzułmańskiej w Białymstoku Halina Szahidewicz, listopad jest miesiącem, w którym muzułmanie wspominają zmarłych. Podobnie jak chrześcijanie, odwiedzają wtedy groby swoich bliskich. Dodała, że co roku gmina organizuje też spotkanie, które poświęcone jest pamięci najbliższych.

Historyk dr Aleksander Miśkiewicz z Uniwersytetu w Białymstoku, który jest autorem książek o polskich Tatarach, powiedział PAP, że na przestrzeni 600-letniej ich historii na ziemiach polskich było bardzo wielu przedstawicieli tej społeczności, zasłużonych dla kraju. Dodał, że jeśli chodzi o wiek XIX i XX byli to przede wszystkim wojskowi i duchowni, którzy walczyli o wolność Polski, udzielali się społecznie i działali na rzecz kultury tatarskiej w Polsce.

Jednym z zasłużonych wojskowych był Aleksander Sulkiewicz. Miśkiewicz powiedział, że był on rówieśnikiem i przyjacielem Józefa Piłsudskiego w czasach konspiracji PPS. Zginął śmiercią bohaterską w 1916 roku podczas walk na Wołyniu. Wśród Tatarów zasłużonych dla kultury tatarskiej byli m.in. prawnicy, bracia Olgierd i Leon Kryczyńscy. Oprócz działalności prawniczej, udzielali się społecznie. Olgierd był przewodniczącym Związku Kulturalno-Oświatowego Tatarów w Polsce w latach międzywojennych, natomiast Leon był w tym czasie redaktorem naczelnym "Rocznika Tatarskiego".

Według Miśkiewicza, ciekawą postacią był też imam Mustafa Aleksandrowicz. Przed II wojną światową pracował w generalnym konsulacie polskim w Jerozolimie, następnie w czasie wojny został internowany w Szwajcarii, gdzie prowadził zajęcia na polskim uniwersytecie emigracyjnym. Innym duchownym był imam Ibrahim Smajkiewicz, który w Gdańsku zorganizował od podstaw gminę muzułmańską.

Historyk uważa, że takie "wspominki", jakie odbyły się w Białymstoku, w trakcie których młodzi Tatarzy mogą się dowiedzieć o swoich przodkach, to kształtowanie ich tożsamości i pokazywanie dobrych wzorców. Podobnego zdania jest przewodnicząca Szahidewicz. Według niej, to sposób na wzbudzenie w dzieciach zainteresowania bogatą historią Tatarów na ziemiach polskich, a także zachęcenie ich do wnikania w historię swoich rodów. "Tam też jest ukrytych wielu bohaterów" - dodała.

Historia osadnictwa tatarskiego na ziemiach dawnej RP ma już ponad 600 lat. Jako datę dobrowolnego osadnictwa tatarskiego w Wielkim Księstwie Litewskim i Rzeczypospolitej, Jan Długosz podaje rok 1397.

Na ziemie polskie Tatarzy przynieśli ze sobą islam. W XVI-XVII wieku zatracili swój język i wiele obyczajów, nazwiska rodowe uległy spolszczeniu. Przez kilkaset lat, do II wojny światowej, uczestniczyli we wszystkich ważniejszych wystąpieniach zbrojnych. Brali udział w bitwach pod Grunwaldem, Kircholmem, Wiedniem i Maciejowicami. Jeszcze w kampanii wrześniowej 1939 roku, w 13. Pułku Ułanów Litewskich był szwadron tatarski.

Ilu jest obecnie Tatarów w Polsce, dokładnie nie wiadomo. W środowisku tej mniejszości działa Muzułmański Związek Religijny w RP oraz Związek Tatarów Polskich. Ten pierwszy liczbę polskich muzułmanów, w większości właśnie pochodzenia tatarskiego, szacuje na ok. 5 tys. osób.



Więcej... http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35241,10716092,W_Bialymstoku_wspominano_Tatarow_zasluzonych_dla_kraju.html#ixzz1qu4saKlF

 

Najstarszy imam w Polsce skończył sto lat

Najstarszy imam w Polsce skończył sto lat

kosz
18.02.2011 , aktualizacja: 18.02.2011 17:37
A A A Drukuj
Stefan Mustafa Jasiński - najstarszy w kraju islamski duchowny świętował setne urodziny. W piątek w Domu Kultury Muzułmańskiej w Białymstoku odbierał życzenia od współwyznawców.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta
Najpierw szacowny jubilat przewodniczył religijnej części uroczystości, potem zebrani goście składali mu życzenia. Wśród nich byli m.in. przewodniczący gmin muzułmańskich w Bohonikach i Kruszynianach, w których Jasiński pełnił duchowa posługę, Tomasz Miśkiewicz, mufti Muzułmańskiego Związku Religijnego w Rzeczypospolitej Polskiej, a także wiceprezydent Białegostoku Aleksander Sosna, społeczny doradca prezydenta Polski do spraw mniejszości.

Dzień wcześniej za zasługi dla społeczności i kraju Bronisław Komorowski odznaczył imama Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

- Życie imama to nie tylko sto lat ziemskiego bytowania, ale i wiek tatarskich i muzułmańskich losów w Polsce. To człowiek bezustannie ciekawy świata, gotowy nieść posługę duchową, kontynuator tatarskiej tradycji, emanujący łagodnością. Jego historia pięknie wpisała się w historię tatarskiej społeczności - mówiła Rozalia Bogdanowicz, sekretarz Najwyższego Kolegium Muzułmańskiego Związku Religijnego.
100. urodziny imama Stefana Jasińskiego by wyborcza_bialystok

Imam Stefan Mustafa Jasiński urodził w Malawiczach Górnych niedaleko Sokółki, później mieszkał m.in. w Symferopolu, Kazaniu i Wilnie, gdzie przed wojną pracował w komunikacji miejskiej. Brał udział w kampanii wrześniowej i trafił do sowieckiej niewoli. Po wojnie aż do emerytury pracował w białostockim Moto-Zbycie oraz Centrali Technicznej. Jako duchowny pracował w Bohonikach i Kruszynianach, w Sokółce uczył dzieci religii muzułmańskiej, a od 2006 jest imamem domu modlitwy w Białymstoku przy ul. Piastowskiej.



Więcej... http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35241,9131506,Najstarszy_imam_w_Polsce_skonczyl_sto_lat.html#ixzz1qu0qx1oo

 

Halina Szahidewicz Człowiekiem Dialogu 2010

Halina Szahidewicz Człowiekiem Dialogu 2010

Aga, pap
27.01.2011 , aktualizacja: 27.01.2011 19:50
A A A Drukuj
Halina Szahidewicz, od wielu lat przewodnicząca gminy muzułmańskiej w Białymstoku, została wyróżniona tytułem Człowieka Dialogu 2010.
Halina Szahidewicz
Fot. Jacek Łagowski / AG
Halina Szahidewicz
Przyznaje go Rada Wspólna Katolików i Muzułmanów, działająca m.in. na rzecz wzajemnego poznania historii i tradycji obu religii.

Tytuł Szahidewicz otrzymała w uznaniu jej wielkich zasług dla dialogu chrześcijańsko-muzułmańskiego w Polsce. Uroczystość wręczenia wyróżnienia odbyła się w czasie obchodów w Warszawie XI Dnia Islamu w Kościele katolickim.

Halina Szahidewicz od 24 lat jest przewodniczącą największej w kraju gminy muzułmańskiej w Białymstoku, należącej do najstarszej organizacji polskich wyznawców islamu - Muzułmańskiego Związku Religijnego w RP. Czasowo kierowała też w przeszłości gminą muzułmańską w Kruszynianach. Zajmuje się nie tylko administrowaniem gminą, ale i kultywowaniem tatarskich tradycji i zwyczajów. Założyła i prowadzi zespół artystyczny młodzieży tatarskiej "Buńczuk", którego członkowie prezentują tradycyjne tańce tatarskie, recytują poezję i śpiewają stare pieśni.
Jak podkreśliła Rada, Halina Szahidewicz, obecnie emerytowana nauczycielka, od wielu lat zaangażowana jest także w dialog międzyreligijny, jest współzałożycielką Rady Wspólnej Katolików i Muzułmanów, przez wiele lat pracowała w zarządzie organizacji.

W swojej gminie współpracuje z lokalnymi parafiami katolickimi, organizuje międzyreligijne spotkania i zaprasza chrześcijan na organizowane cyklicznie modlitwy o pokój.



Więcej... http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35233,9016441,Halina_Szahidewicz_Czlowiekiem_Dialogu_2010.html#ixzz1qu0Kjd4d

 

Opera vs WOAK

List od Czytelników

Halina Szahidewicz prowadząca zespół Buńczuk
23.11.2011 , aktualizacja: 23.11.2011 12:54
A A A Drukuj
Bohoniki
Fot. Grzegorz Dąbrowski / AG
Bohoniki
Opera vs WOAK

Dotychczas na spotkaniach z publicznością, na występach, sesjach popularnych i naukowych zaczynałam od tego, że Polska od zarania istnienia jest przyjazna dla inności, a Białystok jest miastem przyjaznym dla człowieka. Ku memu zdumieniu, Białystok ostatnimi czasy okazał się inny.

Po przeczytaniu artykułu 'Opera vs WOAK' Jakuba Medka w 'Gazecie Wyborczej' z dnia 20.10.2011 r. oraz po zdjęciu (częściowo) z anteny programu mniejszościowego, przez Panią Dyrektor Oddziału Białostockiego TVP, stwierdziłam, że są 'lepsi i lepsiejsi'. Rozumiem, że zbliża się kryzys i szukamy oszczędności, dla dlaczego musi to odbywać się kosztem najsłabszych, najmniejszych.

Kocham muzykę poważną i by obejrzeć przedstawienie czy wysłuchać koncertu, dotarliśmy z mężem do wielu scen w Polsce, Niemczech, Litwy, nie obcy jest nam Wiedeń. Choć współpracowałam z naszą filharmonią, cenię sobie również występy zespołów nawet tych najmniejszych i o różnym poziomie, ponieważ są autentyczne, ukazują duszę grupy, którą reprezentują i układają się w cudowny kalejdoskop kultur. Zespoły, nawet jeśli mają niski poziom, mają rację bytu, bo z czasem go zyskują i odnajdują się w nich nieraz talenty. Najważniejsze jest jednak to, że im więcej dzieci i młodzieży uczęszcza na zajęcia zorganizowane, tym mniej jest jej na ulicy - mnie rozbojów, niszczenia przystanków, bloków - a to na pewno kosztuje drożej niż finansowanie najsłabszego zespołu.

Społeczność białostocka, tak sądzę, ma lepszą ocenę WOAK-u niż Pan Anonim z Urzędu Marszałkowskiego. Jestem wdzięczna Urzędom za dotacje, bo umożliwiają prowadzenie warsztatów mniejszościom zachowującym tożsamość, ale to WOAK pozwala na łączność z szeroką publicznością, służąc radą, konsultacjami doświadczonych pracowników, udostępniając pomieszczenia na prezentację dorobku.

Prowadzę właśnie zespół ważny dla mojej mniejszości, choć nie jest on najwyższych lotów, występował w wielu miasteczkach i dużych miastach Polski, przed ambasadorami wielu krajów, na Litwie, a ostatnio nawet w Palermo na Sycylii. Wszędzie był przyjmowany przy pełnej sali, bardzo serdecznie, a najważniejsze, że wszędzie był ambasadorem, tak ambasadorem Polski. Wszędzie podkreślało się, że Polska jest krajem przyjaznym dla inności. Mam wrażenie, że Romowie, Tatarzy, Rosjanie, Łemkowie są 'cacy' dla niektórych pracowników marszałkowskich i TVP, gdy trzeba wykazać jacy jesteśmy tolerancyjni, ale są 'be', jeżeli należy ich wyeksponować.

Wróćmy jednak do tematu. Inne zadanie ma Opera i Filharmonia, inne teatr, a jeszcze inne mają ośrodki kultury. Zupełnie specyficzną rolę wypracował też WOAK. Od samego początku korzystam z pomocy pracowników i dyrekcji tego ośrodka. Widzę, ile wysiłku wkładają w pełnienie swej roli - właśnie animatora kultury bardzo szeroko pojętej. Nie rozumiem dlaczego np. Podlaska Oktawa Kultur miałaby zaistnieć jako marszałkowska, a nie WOAK-u w imprezie organizowanej przez Urząd Marszałkowski. Festiwal POK jest pomysłem i realizacją WOAKu, a przede wszystkim jego Dyrektora p. Andrzeja Dyrdała, którego jest też zasługą i to, że przedsięwzięcie ma wielu sponsorów, w tym również dotacje urzędów. WOAK nigdy nie zlekceważył nawet najmniejszych wkładów, a nawet chęci - bo jak wiadomo nie wszyscy dotrzymują obietnicy sponsoringu. Ośrodek 'czyni cuda', by zaprosić najlepsze zespoły świata, które mają związek z mniejszościami funkcjonującymi na Podlasiu lub sprowadzić te, tak odmienne jak zespół Mnichów z Indii. Szanujmy ludzi, którzy swoje życie poświęcili działalności kulturalnej, niepopłatnej, i czasami jak widać niewdzięcznej.

Nie zgadzam się z opinią, że WOAK reprezentuje poziom amatorski (chociaż z ruchu amatorskiego powstają duże rzeczy), a jeśli nawet - czytaj jak wyżej. Wiem, że szczerość moja może obrócić się przeciwko mnie i co groźniejsze przeciwko grupie, którą reprezentuję. Zaryzykuję, a ojciec walczył m.in. za Białystok w 1939 i wyrzekł się majątku na kresach podążając za Polską, by przyszło mi żyć w marazmie i czołobitności mamonie. Sprzeniewierzyłabym się zasadzie wpajanej mi przez cudownych Rodziców 'chcesz być szanowana - szanuj innych'.

Z wyrazami szacunku

Halina Szahidewicz prowadząca zespół Buńczuk

Więcej... http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35241,10694563,List_od_Czytelnikow.html#ixzz1qtz7L3wk

 

Ćwierć wieku pracy na rzecz islamu

Zmiany w zarządzie Muzułmańskiej Gminy Wyznaniowej w Białymstoku, największej w kraju. Wyznawcy islamu za 25-letnią pracę podziękowali przewodniczącej Halinie Szahidewicz.

 

Подробнее...

 

Zapomniane tatarskie historie

Zapomniane tatarskie historie

Lucyna Lesisz, kierownik Muzeum Historycznego
06.08.2009 , aktualizacja: 06.08.2009 19:59
A A A Drukuj
W czasie wakacyjnych wędrówek po Podlasiu nie można ominąć miejsc charakterystycznych dla naszych terenów. Mieszkańcy Białostocczyzny, zapytani o meczety, bez wahania wymienią Bohoniki i Kruszyniany, gdzie znajdują się muzułmańskie świątynie, niektórzy powiedzą także o mizarach (cmentarzach) w ich pobliżu, a wiele osób również będzie zachwalało tatarskie potrawy.
W Malawiczach po Tatarach został już tylko pamiątkowy głaz
Fot. archiwum muzeum
W Malawiczach po Tatarach został już tylko pamiątkowy głaz
Ale na mapie osadnictwa tatarskiego, wśród pięknych Wzgórz Sokólskich, znajduje się jeszcze wiele innych wsi, gdzie przez wieki mieszkali Tatarzy. Dzieje tych terenów, związane z historią Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a potem z niepodległą Polską, bardzo zmieniły ten obraz. W nielicznych można jeszcze spotkać Tatarów, nawet w tych, w których znajdują się meczety. Bohoniki i Kruszyniany są dla Tatarów miejscami szczególnymi, do nich przyjeżdżają na najważniejsze święta muzułmańskie, odwiedzają na cmentarzach bliskich zmarłych.

Około 3 km od Bohonik znajduje się wieś Malawicze Górne, wymieniana w dokumentach wystawionych przez Jana III Sobieskiego w 1679 r. w Grodnie, nadających Tatarom ziemie z królewskich dóbr stołowych w ekonomii grodzieńskiej. W ten sposób król wyrównał zaległości niewypłaconego żołdu dla chorągwi tatarskich, które były przyczyną buntu Lipków (jak powszechnie nazywano Tatarów w wojskach polskich) w 1672 r. Uzasadniając słuszność dawanej im rekompensaty i potwierdzając ich wolności na Litwie i w Koronie, podkreślał zasługi wojenne Tatarów i ich wierność dla Rzeczypospolitej. Wszystkie przywileje wystawione w Grodnie według jednakowego formularza, są jakby metrykami narodzin wsi tatarskich pod Sokółką i Krynkami. Ich głównym obowiązkiem była służba wojenna (w Malawiczach Górnych osiedleni zostali Tatarzy - Lipkowie z oddziałów rotmistrzów Bohdana Kiepskiego i Gazy Sieleckiego), a podstawowym przywilejem zachowanie wiary muzułmańskiej. Wznieśli tu Tatarzy swoje drewniane meczety w Bohonikach, Kruszynianach i Malawiczach, a także założyli mizary w ich pobliżu. Meczety w Bohonikach i Kruszynianach przetrwały, chociaż nie są to te, wybudowane w końcu XVII w. Po II wojnie światowej przez długie lata były jedynymi świątyniami muzułmańskimi w Polsce (w granicach II Rzeczypospolitej było 17 meczetów i dwa domy modlitwy). Nie przetrwał meczet w Malawiczach, o którym wspomina wizytacja parafii Sokółka z 1717 r., ale ta wieś jest wymieniana, obok Bohonik i Kruszynian, jako jedna z największych osad tatarskich.
Wielu turystów omija ją, a sądzę, że warto odwiedzić i to urocze miejsce, gdzie brukowana, może niezbyt wygodna ulica, prowadzi do ciekawego pomnika usytuowanego mniej więcej w połowie drogi. Zobaczymy na pustej działce po zabudowaniach, ogromny polny kamień. Trudno go ominąć, a ciekawość każe nam się zatrzymać i przeczytać tekst, którego wyryte w kamieniu, złocone litery, uzasadniają przyczynę, dla której został tu umieszczony. Zdziwienie osób nie znających historii miejsca, w którym się znajdują, wzbudzi napis literami różnymi od łacińskich. Większość się domyśli, że to alfabet arabski. Dopiero druga część inskrypcji przybliża nam sens usytuowania kamienia w tym miejscu. A brzmi ona następująco: "W hołdzie przodkom a ku pamięci potomnym aby malawicką ziemię szacunkiem i miłością darzyli bowiem dla tatarskiego rodu muchów matecznikiem przed wiekami ona była", a po prawej stronie : herb szlachecki i napis: Arsłan Mucha herbu Kienia 2006 rok. Natomiast tekst w języku arabskim to basmala - formuła rozpoczynająca każdą modlitwę muzułmańską, która w tłumaczeniu na język polski brzmi: "W imię Boga Miłosiernego, Litościwego", a niżej werset z Koranu, świętej księgi islamu, którego językiem liturgicznym jest arabski. To głównie wyznawana religia pozwoliła zachować Tatarom własną tożsamość na terenach zamieszkanych głównie przez ludność chrześcijańską. Do dzisiaj większość z nich to muzułmanie.

Nazwisko rodziny Muchów (pochodzi od imienia Muchammed) możemy odnaleźć w rejestrze z 1765 r., osób zobowiązanych do pełnienia służby wojskowej, w którym wśród towarzyszy wymieniony jest Jan Mucha z Malawicz Górnych. Z kolei wśród drobnej szlachty tatarskiej w Malawiczach Górnych w roku 1789 r., jako posiadacze ziemscy występują Felicjanna Muchowa oraz Dawid Mucha. Po trzecim rozbiorze Polski w 1795 r. grupa wsi bohonicko-kruszyniańskich została rozdzielona między dwa państwa i Malawicze Górne do 1807 r. pozostawały w zaborze pruskim. Król pruski Fryderyk Wilhelm II powołał Pułk Ułanów Tatarskich (Tatarzy sami zabiegali o utworzenie takiej jednostki), na czele której stanął pułkownik Janusz Murza Baranowski. We wcześniej przygotowanym spisie Tatarów - wojskowych gminy bohonickiej wymienieni są porucznicy Abraham Mucha i Zachariasz Mucha z Malawicz.

Przez lata zmieniała się liczba tatarskich mieszkańców wsi pod Sokółką i były to zawsze tendencje spadkowe. W roku 1848 w Malawiczach mieszkało 19 Tatarów, natomiast według spisu z 1931 r. - 12. Dzisiaj w dawnych wsiach tatarskich już prawie nie ma Tatarów, mieszkają w różnych częściach Polski, porzucili tradycyjne zawody, bo tak zmieniają się warunki dla wszystkich społeczności. Ale pamiętają o swoim rodowodzie, o czym świadczy także ten piękny kamień w Malawiczach Górnych. Ufundowanie przez pana Arsłana Mucha tego swoistego pomnika na dawnym siedlisku rodzinnym, na pewno jest dowodem na przywiązanie Tatarów polskich do ziemi, z którą są historycznie związani. Trwałość kamienia daje gwarancję zachowania pamięci o nich dla przyszłych pokoleń.



Więcej... http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35252,6903475,Zapomniane_tatarskie_historie.html#ixzz1qqgX06W0

 

Niewiarygodni latający łucznicy. W Bohonikach

Niewiarygodni latający łucznicy. W Bohonikach

Joanna Klimowicz
05.07.2011 , aktualizacja: 05.07.2011 18:52
A A A Drukuj
Będą Międzynarodowe Zawody w Łucznictwie Konnym Tatarów PolskichFot. materiały organizatoraBędą Międzynarodowe Zawody w Łucznictwie Konnym Tatarów Polskich
Łucznicy konni w narodowych lub historycznych strojach w pełnym galopie strzelać będą do celów. Popisy sprawności gości m.in. z Chin, Iranu, Słowacji, Turcji i Polski podziwiać będzie można w najbliższy weekend (9-10 lipca) w Bohonikach
Pod patronatem Gazety - Białystok
Pod patronatem Gazety - Białystok
Łucznik konny
Fot. materiały organizatora
Łucznik konny
Łucznik konny
Fot. materiały organizatora
Łucznik konny
Zawody łucznicze to impreza cykliczna, niezwykle barwna, organizowana z dużym rozmachem przez pasjonatów i sympatyków łucznictwa konnego. Jej zamysłem jest nie tylko współzawodnictwo, ale także pokazywanie wzajemnych korzyści wynikających z przenikania kultur, a przez to również promowanie walorów województwa.

Spektakularna sztuka, wymagająca perfekcyjnego wyczucia rytmu, równowagi i harmonii, zdobywa coraz więcej zwolenników. To świetna okazja do propagowania walorów Podlasia wśród zagranicznych gości, którzy i tym razem obiecali zawitać do Bohonik - przekonują organizatorzy, Polskie Stowarzyszenie Łucznictwa Konnego. Uczestnictwo w Międzynarodowych Zawodach w Łucznictwie Konnym Tatarów Polskich, które organizowane są dzięki wsparciu programu "Żubr budzi Podlasie" i pod honorowym patronatem marszałka województwa, potwierdzili m.in. goście z Chin, Iranu, Hiszpanii, Słowacji i Turcji.

Wór medali Polaków

Będą oczywiście i Polacy, na których warto stawiać każde pieniądze, bowiem w tym nieco niszowym sporcie jesteśmy potęgą.

O Kasi Rokosz, Norbercie Kopczyńskim i Michale Sanczenko mówi się, że na zawodach w Korei zgarnęli tyle trofeów, że musieli je wysłać do kraju w paczce drogą morską, ponieważ była zbyt duża i za ciężka na podróż samolotem. Znajomi śmieją się, że dyplomami palą w kominkach, a medale oddają do skupu metali kolorowych.

- Przesada z tym kominkiem. Ognisko co najwyżej - żartuje Michał Sanczenko.

Przygodę z łukiem (najpierw z ziemi) zaczął przed 10 laty, potem poznał grupę ludzi jeżdżących konno i w 2004 roku połączył te dwie pasje ucząc się tradycyjnego łucznictwa chińskiego. W tym też roku zorganizowano pierwsze spotkanie łuczników konnych koło Szczytna i pasja zapaleńców zyskała ramy organizacyjne. Od 2007 roku zawodnicy z Polski zaczęli pojawiać się w zawodach międzynarodowych. W 2009 Norbert Kopczyński ustrzelił mistrzostwo świata w Korei, pierwsze miejsce zajęli też drużynowo, z Michałem Sanczenko. W tym samym roku w Turcji Norbert był pierwszy, a Michał - drugi. Do tego dorzućmy jeszcze drugie miejsca Michała w ubiegłym roku w: Mistrzostwach Europy w Belgii, Stanów Zjednoczonych oraz w Jordanii, na pierwszych zawodach arabskich pod patronatem króla. Na zawodach w Bohonikach - które są trzecimi już eliminacjami do tegorocznych mistrzostw Europy - nie wystartuje; on zajmuje się organizacją. A kogo radzi obserwować?

- Chińczycy to zagadka, zawodnicy z Iranu są na pewno bardzo mocni. I oczywiście Polacy. Mamy dwóch nastolatków, wychowanków naszych warsztatów, którzy potrafią zamieszać - uprzedza Sanczenko.

Tatarskie korzenie

Podlasianie są w o tyle szczęśliwej sytuacji, że mają solidny "background". Tradycja wspólnej walki Tatarów, Polaków i Litwinów sięga XIV wieku i unii polsko-litewskiej. Przez wieki na terenie Litwy, a następnie Polski, osiedlali się wojownicy z euroazjatyckich stepów, na Białostocczyźnie mieszkają do dziś. Charakterystyczny dla Tatarów typ lekkiej kawalerii, sposób walki i uzbrojenia z czasem stały się powszechne również w Polsce i na Litwie. Spoglądając na historię, idea propagowania łucznictwa konnego jako wspólnej tradycji tatarskiej i polskiej wydaje się oczywista.

- Mamy do czego nawiązywać. Chcielibyśmy, aby cyklicznie organizowane zawody łucznictwa konnego stały się sposobem pielęgnowania tradycyjnych umiejętności, a jednocześnie ukazywały, jak wiele wzajemnych korzyści może wnosić przenikanie się naszych kultur - w imieniu organizatorów mówi Michał Sanczenko. Jednak na pytanie, czy Tatarzy nadal brylują w tej dyscyplinie, odpowiada: nie. I zaprasza na warsztaty. Dodaje, że stowarzyszenie oferuje tak naprawdę wiele płaszczyzn rozwoju: sportową, ale też rekreacyjną (nie trzeba rywalizacji traktować śmiertelnie serio), a jest jeszcze alternatywa dla miłośników historii - wiernie odtwarzane stroje, elementy uzbrojenia, rekonstrukcje wydarzeń.

Trudna sztuka jazdy "bez trzymanki"

Oprócz Podlasia, pasjonatów łucznictwa konnego sporo jest w Warszawie, Krakowie czy Szczecinie. Działa siedem stajni, które aktywnie współpracują z łucznikami (konie muszą być specjalnie ułożone pod łuk). Od czterech lat organizowane są w Bohonikach warsztaty, przez ten czas przez ręce instruktorów i grzbiety koni przewinęło się około 60 osób. Okazuje się, warsztaty nie są dla wszystkich. By móc chwycić łuk, trzeba się bardzo pewnie trzymać w siodle. Takiego dobrego jeźdźca można nauczyć strzelania na przyzwoitym poziomie już w ciągu trzech dni. A dlaczego obycie w siodle jest tak ważne? Ano łucznicy ręce mają zajęte łukiem i strzałą, więc kierują wierzchowcem tylko dosiadem: balansem ciała, dociskiem nóg i bioder. A to wszystko - w pełnym galopie.

Ich popisy zapierać będą dech w piersiach - w sobotę 9 lipca (w godz. 9-18) zawodnicy wystartują w dwóch konkurencjach: koreańskiej (tradycyjnej) oraz węgierskiej (współczesnej). Co ciekawe, na 30 zawodników jedną trzecią stanowią panie.

Będzie też na co popatrzeć w niedzielę 10 lipca (w godz. 10-17). Organizatorzy przewidzieli małą powtórkę dla publiczności - przejazdy najlepszych zawodników. Będzie też szereg atrakcji: widowiskowe pokazy - strzelania Kabak oraz koreańskiej gonitwy Mogu, w wykonaniu m.in. mistrza Norberta Kopczyńskiego; obozowisko historyczne; pokazy grup rekonstrukcyjnych; kiermasz rękodzieła ludowego; kuchnię tatarską; występy zespołów mniejszości narodowych i etnicznych; paradę łuczników konnych; konkursy sprawnościowe, tj.: strzelanie z łuku oraz konkurencje na dzielności i refleks; ogródek piwny; plac zabaw dla dzieci.

Więcej informacji na stronie organizatorów: www.lucznictwokonne.pl oraz www.potahocha.pl

Jak dojechać?

Zawody odbędą się na terenie Stajni na Tatarskim Szlaku Janusza Cukiermana, Drahle 45, koło Bohonik. Dojazd z Białegostoku drogą nr 19 (kierunek Kuźnica - przejście graniczne), następnie w Sokółce w prawo drogą 674. Zaraz za miastem w lewo na Bohoniki i Drahle. Przez Drahle przejazd na wprost. Przy wjeździe do Bohonik w prawo, gruntową drogą prowadzącą do stajni - miejsca, gdzie odbywać się będą zawody. Na skrzyżowaniu będzie widoczna tablica.



Więcej... http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35249,9897458,Niewiarygodni_latajacy_lucznicy__W_Bohonikach.html#ixzz1qqgGP3ki

 

Meczety o krok od Pomników Historii

Meczety o krok od Pomników Historii

Andrzej Kłopotowski
21.01.2012 , aktualizacja: 20.01.2012 19:06
A A A Drukuj
Rada Ochrony Zabytków uznała, że meczety i mizary w Bohonikach oraz Kruszynianach zasługują na miano Pomników Historii. Dziś takim tytułem w województwie podlaskim może pochwalić się tylko Kanał Augustowski.
Meczet w Kruszynianach. Wizyta księcia Walii Karola, 2010 rok
Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta
Meczet w Kruszynianach. Wizyta księcia Walii Karola, 2010 rok
Opinia Rady Ochrony Zabytków to właściwie ostatni etap przed podpisaniem odpowiednich dokumentów przez prezydenta Bronisława Komorowskiego - to prezydent oficjalnie uznaje zabytki za Pomniki Historii. Ocenianie i opiniowanie dokumentacji trwało do stycznia ubiegłego roku. Wówczas to opracowanie - wraz z opinią podlaskiego konserwatora zabytków - zostało zapakowanie i przesłane do resortu kultury w Warszawie.

- Nasza opinia jest oczywiście pozytywna. Uważamy, że obiekty te powinny znaleźć się na liście Pomników Historii - mówiła wówczas "Gazecie" Zofia Cybulko, zastępca podlaskiego konserwatora zabytków.
Dziś można powiedzieć, że ministerstwo oraz specjaliści od zabytków również są na "tak". Właśnie otrzymaliśmy z biura prasowego resortu kultury następującą informację: "Rada Ochrony Zabytków postanowiła rekomendować Ministrowi Kultury i Dziedzictwa Narodowego wniosek w sprawie uznania przez Prezydenta RP meczetów i mizarów w Bohonikach i Kruszynianach za Pomnik Historii."

- Odczuwam wielką radość, bo nasze meczety naprawdę zasługują na ten tytuł - komentuje na gorąco Iwona Górska, szefowa białostockiego oddziału Narodowego Instytutu Dziedzictwa.

To właśnie w białostockim NID-zie powstawał wniosek o uznanie zabytków tatarskich za Pomniki Historii. Co podkreślają autorzy - Iwona Górska, Aneta Kułak, Joanna Kotyńska-Stetkiewicz, Grzegorz Ryżewski i Dorota Kowalewska - drewniane meczety w Bohonikach i Kruszynianach są jedynymi tego typu obiektami w Polsce. Zauważają, że wraz z przyległymi mizarami stanowią jedyne w swoim rodzaju materialne źródło do dziejów islamu i Tatarów na terenie Polski oraz przypominają o bogactwie kulturowym i tolerancji religijnej dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Dodają, że dla polskich Tatarów Bohoniki i Kruszyniany to miejsca święte, będące celem pielgrzymek. Porównują wręcz, że Bohoniki i Kruszyniany są dla wyznawców islamu tym, czym Jasna Góra dla katolików, a święta Góra Grabarka dla prawosławnych.

Co ważne, dziś Bohoniki i Kruszyniany nie mają analogii w Polsce. Meczet z Kruszynian jest wyjątkowy ze względu na formę - z uwagi na wieże z zewnątrz przypomina świątynię katolicką. Meczet w Bohonikach nakrywa czterospadowy dach zwieńczony wieżyczką ze spłaszczoną cebulą zwieńczoną półksiężycem. Najbliższe podobne budowle można odnaleźć na Litwie - w Niemieżu czy Sorok Tatarach oraz na Białorusi - w Iwiu oraz Nowogródku. Wyjątkowe są też mizary, czyli cmentarze tatarskie, z charakterystycznymi kamiennymi nagrobkami, skierowanymi w stronę Mekki (tak właśnie jest na podlaskich cmentarzach).

Po uzyskaniu pozytywnej opinii Rady Ochrony Zabytków przy ministrze kultury teraz muszą jeszcze tylko powstać projekty rozporządzenia Prezydenta RP z uzasadnieniem oraz mapka wytyczająca granice Pomników. Iwona Górska wyjaśnia, że w przypadku Kruszynian ma to być działka, na której stoi meczet, mizar w granicach ogrodzenia oraz łącząca je droga. W przypadku Bohonik zaś - działki meczetu oraz cmentarna (są oddalone od siebie). Dodatkowo wokół wytyczone zostaną tzw. ochronne strefy buforowe.

Mirosława Korycka, przewodnicząca zarządu Gminy Muzułmańskiej w Bohonikach, od nas dowiedziała się o pozytywnej opinii Rady Ochrony Zabytków.

- Zatkało mnie. Czekałam na tę wiadomość i jestem przeszczęśliwa, że nasze meczety i mizary zostaną w końcu Pomnikami Historii. Czekamy jeszcze tylko na podpis prezydenta - nie kryje wzruszenia.

Tytuł Pomników Historii na pewno pomoże w promowaniu Bohoników i Kruszynian. Choć i dziś cieszą się ogromnym zainteresowaniem.

- Szlak Tatarski to druga, po Puszczy Białowieskiej, wizytówka naszego regionu. Można rzec, że to obowiązkowy punkt wycieczek po województwie. "Podlaski Orient" pojawia się właściwie w każdym katalogu, na każdych targach. Tytuł "Pomnik Historii" na pewno pomoże nam w szerszym reklamowaniu szlaku - ocenia Eugeniusz Ławreniuk, szef białostockiego oddziału Polskiej Izby Turystyki.

W całej Polsce jest dziś 46 Pomników Historii. Na liście figurują m.in. pałace kotliny Jeleniogórskiej, Kanał Elbląski, stare miasta w LublinieToruniuPoznaniu, zamek w Kórniku, Kazimierz Dolny, katowicki Nikiszowiec czy pole bitwy pod Grunwaldem.

KOMENTARZ

Prezydencie, czekamy na podpis

Już nic nie stoi na przeszkodzie, by przy Bohonikach i Kruszynianach pojawiły się znaczki "Pomnik Historii". To cieszy, bo nasze meczety są rzeczywiście wyjątkowe w skali kraju. Teraz tylko trzeba trzymać kciuki, żeby prezydent Bronisław Komorowski nie trzymał zbyt długo dokumentów na swoim biurku, żeby nie zagubiły mu się gdzieś pomiędzy tymi wszelakimi ważnymi dokumentami, które dostaje do podpisania.

Szkoda tylko, że za wnioskiem dotyczącym meczetów i mizarów nie pójdą - przynajmniej na razie - wnioski kolejne. Przypomnę, że miały dotyczyć Tykocina oraz białostockiego kościoła św. Rocha. Pozostaje mieć nadzieję, że i dla nich przyjdą lepsze czasy. Oby tylko w międzyczasie perły - odpowiednio: baroku i modernizmu - nie zostały wcześniej popsute niefrasobliwymi decyzjami urzędników.



Więcej... http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35241,11007806,Meczety_o_krok_od_Pomnikow_Historii.html#ixzz1qqfYyWzj

 

Pierwsze słowa po tatarsku. Lekcje języka etnicznego

Pierwsze słowa po tatarsku. Lekcje języka etnicznego

jok
23.03.2012 , aktualizacja: 23.03.2012 17:32
A A A Drukuj
Po ponad 400 latach "milczenia" mamy szansę rozmawiać w języku naszych przodków - cieszą się polscy Tatarzy. W niedzielę w Białymstoku odbędzie się inauguracyjna lekcja języka tatarskiego, otwarta dla wszystkich.
Święto Ofiarowania Kurban Bajram
Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta
Święto Ofiarowania Kurban Bajram
Koran ze zbiorów Muzeum Podlaskiego
Fot. Rafał Siderski / AG
Koran ze zbiorów Muzeum Podlaskiego
Do podjęcia nauki zaprasza Rada Centralna Związku Tatarów Rzeczypospolitej. Zbiórka - w niedzielę (25 marca), o godz. 12, w budynku Szkoły Podstawowej nr 28 przy ul. Warmińskiej 55 w Białymstoku. Nie będzie to okazja do poznania zbyt wielu zwrotów, a raczej spotkanie inauguracyjno-organizacyjne.

- Spotkanie jest otwarte dla wszystkich zainteresowanych tą tematyką - zaprasza Jan Adamowicz, prezes Związku Tatarów Rzeczypospolitej Polskiej. - Na razie ruszamy z lekcją próbną, chcemy na niej zobaczyć ilu jest chętnych i czy oprócz zapału faktycznie jest chęć konsekwentnej nauki.

Dodaje, że lekcje będą odbywały się co tydzień, w niedziele. Dzięki pieniądzom rządowym. Projekt edukacyjny jest bowiem realizowany dzięki dotacji Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji - Departamentu Wyznań Religijnych oraz Mniejszości Narodowych i Etnicznych. Państwowa dotacja na zorganizowanie zajęć nauki języka etnicznego to nieco ponad 18 tys. zł. Ma wystarczyć m.in. na: przetłumaczenie z języka rosyjskiego elementarza do nauki tatarskiego, pomoce dydaktyczne (w tym np. specjalne filmy), opłacenie nauczyciela czy wynajęcie sali.

Język tatarski funkcjonuje w trzech głównych dialektach i około 60 regionalnych odmianach. Przodkowie polskich Tatarów przyjęli język polski za narodowy, by w ten sposób ułatwić komunikację. Co naturalne, znajomość tatarskiego z biegiem lat zanikła całkowicie. Nauka zacznie się więc od podstaw. Tatarzy poznają litery, ich brzmienie, by później uczyć się pierwszych słów jak "dzień dobry" czy "dziękuję". 

Szacuje się, że w kraju żyje blisko 5 tysięcy Tatarów. Jednak w Narodowym Spisie Powszechnym w 2002 roku narodowość tatarską podało niewiele, bo dokładnie 495 osób. Do ostatniego spisu, z 2011 roku, gorąco zachęcał Związek Tatarów RP, a teraz czeka niecierpliwie na publikację wyników. Jednak nastroje są coraz gorsze. Tatarzy w ogóle nie zostali ujęci w ogłoszonych w tym tygodniu wynikach, dotyczących większych grup narodowych i etnicznych. Muszą czekać do czerwca. Po publikacji cząstkowych statystyk i po różnych metodologiach przeprowadzania spisu przewidują, że nie będzie on miarodajny. 



Więcej... http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35235,11409439,Pierwsze_slowa_po_tatarsku__Lekcje_jezyka_etnicznego.html#ixzz1qqfGUS4d

 

Tatarska epopeja w lasach kieleckich

Tatarska epopeja w lasach kieleckich

Autor: Jacek E. Wilczur

W lasach w okolicy Chełbu, Drutarni, Piasków, Starej Kuźnicy w powiecie koneckim na Kielecczyźnie Tatarzy pojawili się na początku jesieni 1944 r. Było ich czternastu, cała drużyna. Po rosyjsku mówili słabo, ale można ich było zrozumieć. Byli uzbrojeni, mieli ręczne karabiny typu Mauser, jeden czeski karabin maszynowy, jedną pepeszę, sporą ilość granatów i amunicji. Odziani byli w mundury niemieckiego Wehrmachtu, w niemieckie płaszcze wojskowe, nosili wojskowe chlebaki. Ludziom po wioskach mówili, że chcą bić Niemców i przebić się na wschód, ale na razie pozostaną na Kielecczyźnie. Byli zbiegami z armii niemieckiej.

W dniu 16 października 1944 r. w godzinach popołudniowych w walce z załogą żandarmskiej budy między wsiami Stefanów a Januchtą w pobliżu Ruskiego Brodu ranny został powyżej kolana lewej nogi zastępca dowódcy tatarskiej grupy Gazi Fajzulin. Tatarzy zlikwidowali kilku żandarmów, zniszczyli budę, a reszta Niemców zbiegła w stronę Przysuchy. W ręce Tatarów wpadło kilka sztuk broni, w tym ręczny karabin maszynowy, pistolet maszynowy typu Schmeisser MP40, kilkanaście granatów ręcznych. Rannego koledzy przetransportowali przez las i zagajniki do Starej Kuźnicy, na Kamionek za wsią, na zalesionym wzgórku. Tu Adam Niewęgłowski, kowal z miejscowej fryszerki, zwykłymi szczypcami wydobył bez znieczulenia kulę z rany, zdezynfekował, opatrzył i pomógł ulokować rannego Tatara w bezpiecznym miejscu we wsi Piaski w głębi lasu, dokąd Niemcy nie docierali. Po dwóch tygodniach Fajzulin wrócił do walki.

W końcu października 1944 r. Tatarzy po krótkiej wymianie ognia na szosie na wysokości wsi Józefów między Nieświnem a Ruskim Brodem wzięli do niewoli załogę dwóch wozów terenowych formacji Waffen SS. Pomni tego, jak SS-mani traktowali jeńców sowieckich w obozach, jak mordowano ich rodaków, zwłaszcza w pierwszych miesiącach wojny po czerwcu 1941 r., Tatarzy rozstrzelali wszystkich bez wyjątku kawalerów trupiej główki włącznie z tymi, którzy zostali ranni w czasie walki.

Na przełomie października i listopada Tatarzy trzykrotnie organizowali na szosie między Gowarczowem a Korytkowem zasadzki na niemieckie samochody wojskowe. Załogi wozów częściowo wybijali w walce, inni uciekli, a wziętych do niewoli żołnierzy Wehrmachtu rozbierali do bielizny i puszczali wolno. Zdobyli pewne ilości broni, mundurów, butów, żywności. Część zdobyczy, zwłaszcza zbyteczną dla nich broń, buty, zegarki, wymieniali w okolicznych wsiach na wędlinę, chleb, masło, ser.

Człowiekiem, który traktował Tatarów przyjaźnie, a przy tym znał język rosyjski jeszcze z czasów wojny japońskiej w 1905 r., był Adam Niewęgłowski, nazywany przez polskich partyzantów i sąsiadów „Dziadkiem". Kilkakrotnie przekazywał im żywność, raz leczył po swojemu, po chłopsku, rannego Tatara, któremu przyplątało się zapalenie płuc, podarował Tatarom kilka kocy wojskowych.

 

Dowódca Oddziałów Ochotniczych gen. Heine Hellmich dekoruje tatarskich ochotników


To jemu – „Dziadkowi" Niewęgłowskiemu Tatarzy opowiedzieli swoją historię. Na przełomie lat 1942–1943 dostali się wraz z całymi batalionami, pułkami, brygadami do niemieckiej niewoli na froncie wschodnim. W przeciwieństwie do Rosjan i Białorusinów oni poddawali się z ochotą żołnierzom Wehrmachtu, nie przeczuwając swego losu, nienawidzili bowiem komunizmu, sowieckich politruków i NKWD, nienawidzili kołchozów i równouprawnienia kobiet, całego systemu sowieckiego, który odarł ich z wielowiekowej tradycji, pozbawił młodzież tatarskiej, muzułmańskiej tożsamości narodowej i wyznaniowej.

Kiedy Niemcy rozpoczęli w obozach jenieckich werbunek do pomocniczych formacji Wehrmachtu i SS, Tatarzy, podobnie jak Turkmeni, Azerowie, Buriato-Mongołowie, zgłaszali się do służby w niemieckich mundurach i pod niemieckim dowództwem. Sporo z owych przyodzianych w niemieckie mundury Rosjan, Ukraińców, Tatarów, Kałmuków, Buriatów i innych spośród narodowości sowieckiego imperium przyodzianych w niemieckie mundury zginęło na frontach wojny pod niemieckim dowództwem, walcząc za obcą im sprawę, inni padali od kul partyzantów na Białorusi, w Polsce, na Ukrainie, w Słowacji.

W obozach jenieckich Wehrmachtu wzięci do niewoli na froncie wschodnim żołnierze sowieccy – umieszczani w nieopalanych barakach i ziemiankach, pozbawieni opieki lekarskiej – ginęli masowo z głodu, zimna, chorób, traktowani znacznie gorzej niż zwierzęta, byli rozstrzeliwani. Zgłoszenie się do służby w niemieckich formacjach pomocniczych na froncie i w formacjach tyłowych, zwłaszcza w tych przeznaczonych do zwalczania partyzantki, dawało – chociaż niewielkie – szanse przeżycia.

Ucieczki czerwonoarmistów z niemieckiej niewoli stanowiły zjawisko dość częste. Różne były ich losy po udanej ucieczce – jedni docierali do sowieckich grup partyzanckich, sporo zbiegów przyjęto do oddziałów Gwardii i Armii Ludowej, do Batalionów Chłopskich, niemało ich było w oddziałach leśnych AK, zwłaszcza na Kielecczyźnie i Lubelszczyźnie. Pewną liczbę, choć niedużą, ukrywali chłopi po wsiach i zatrudniali w swoich gospodarstwach, znane są przypadki ukrywania zbiegłych czerwonoarmistów w gospodarstwach przyklasztornych i majątkach rolnych należących do Polaków. Inni ginęli z glodu i zimna, z chorób w leśnych kryjówkach, część wyłapywała niemiecka policja, żandarmeria i zabijała ich na miejscu.

Tatarska grupa partyzancka zniknęła tak nagle, jak nagle się pojawiła. Po raz ostatni widziano ich w lesie między wsiami Starą Kuźnicą a Drutarnią w ostatnich dniach listopada. W dwa dni później byli na obrzeżu Puszczy Niekłańskiej w pobliżu Koziej Woli, szli w kierunku na Płaczków. Wojska 1. Frontu Białoruskiego sforsowały w lipcu 1944 r. Wisłę i zdobyły przyczółek w rejonie Magnuszewa i Puław, a w dniach 9–30 lipca oddziały Czerwonej Armii zdobyły przyczółek w rejonie Baranowa pod Sandomierzem, nad Wisłą. Front zastygł w miejscu aż do stycznia 1945 r.

Z relacji mieszkańców wsi Paruchy usytuowanej niedaleko Baczyny wynika, że w ciągu trzech miesięcy działalności tatarskiej grupy w walkach z Niemcami dwóch żołnierzy odniosło rany, a jeden zginął. Tatarzy nie zaakceptowali propozycji mieszkańców wsi, ażeby pochować poległego na cmentarzu. Ciało towarzysza broni wynieśli na ramionach w głąb lasu między Baczyną a Paruchami i tutaj pochowali je w bezimiennej mogile, po swojemu, po tatarsku. Mieszkańcom wsi powiedzieli, że po wojnie i zwycięstwie nad Niemcami powrócą tu, żeby zabrać szczątki na Krym. Aż do lata 2001 r. nikt jednak z owych Tatarów nie pojawił się we wsi.

 


Adam Niewęgłowski ze wsi Stara Kuźnica w powiecie Końskie na Kielecczyźnie. Nazywano go w latach wojny i po wojnie „Dziadkiem". Ratował ludzi od zagłady: Polaków, Żydów, jeńców radzieckich zbiegłych z niewoli. Zmarł w 1973 roku. Na zdjęciach przed kuźnią-fryszerką w Starej Kuźnicy. Zdjęcia wykonane 30 lipca 1967 r.

 

W pamięci mieszkańców wiosek położonych między Starą Kuźnicą a lasami powiatu Przysucha utrwaliły się imiona i nazwiska tylko kilku spośród owych Tatarów. Zapamiętano nazwisko dowódcy grupy – Iszmurałow i dwóch jego kolegów – Gazi Fajzulin i Bołat. Nie wiadomo, czy udało się partyzantom-Tatarom uchwycić kontakt z sowieckimi partyzantami, którzy operowali na terenie Kielecczyzny, przebić się przez linię frontu, który w owym czasie stanął na linii Wisły, czy zginęli w walce z Niemcami, których tu na zapleczu frontu było bardzo dużo. Mogli też zginąć od kul formacji polskiej skrajnej prawicy, która nie tolerowała zbiegłych z hitlerowskiej niewoli żołnierzy sowieckich nawet wówczas, kiedy ci walczyli z Niemcami. Również gdyby zdołali przebić się do swoich, los ich był niepewny. Stalin i NKWD nie tolerowali tych, którzy dostali się do niemieckiej niewoli. Obowiązywała w owym czasie w sowieckiej armii tragiczna w skutkach zasada: sowieckij bajec nie zdajotsa.

O istnieniu zbrojnej grupy tatarskiej wiedzieli ludzie z placówek terenowych, należy przyjąć niemal za pewne, że owe placówki informowały o grupie i jej działaniach dowództwo obwodów i okręgów swoich organizacji. Z zachowanych relacji żołnierzy AK i BCh tamtego obszaru wynika, że komendy obszarów wymienionych formacji traktowały grupę tatarską jako oddział sowieckiej partyzantki, Tatarzy w rozmowach z miejscową ludnością posługiwali się bowiem językiem rosyjskim.

Ani lewica prezentowana przez Armię Ludową, ani prawica prezentowana przez Armię Krajową, ani skrajna prawica – Narodowe Siły Zbrojne, a również ludzie z Batalionów Chłopskich nie darzyli zaufaniem grupy tatarskiej. Nie było pewności co do tego, kim naprawdę są, czego chcą i czy głoszona przez nich wersja o zbiorowej ucieczce od Niemców jest prawdziwa.

Jedynym wyjątkiem byli żołnierze Oddziału Specjalnego BCh z bazą w Ruskim Brodzie km od Końskich w kierunku na Przysuchę. Wchodzili oni w skład oddziału w dniu 11 września 1944 r. pod wsią Krasne ppor. Józefa Madeja – „Jerzego". W połowie października podjęli kontakt z Tatarami i doszło do spotkania, wspólnej kolacji w gajówce Wełpy w Ruskim Brodzie. Przy okazji dokonali wymiany – za żywność i koce otrzymali pistolet maszynowy typu pepesza z dwoma bębnami amunicji i kilkanaście niemieckich granatów. Tatarzy nie przyjęli jednak propozycji połączenia się z oddziałem specjalnym BCh, mówili, że mają swoje plany i że przy nadarzającej się okazji będą się przebijać w kierunku na wschód, w stronę swojej ojczyzny, na Krym.

W pamięci ludzi z okolicznych wsi Tatarzy zapisali się dobrze – nie stosowali przemocy, nie kradli, nie zaczepiali polskich kobiet. Ludzie zapamiętali przypadek, kiedy felczer wojskowy poskładał złamane kości nóg mieszkańcowi Przysuchy, który w czasie łapanki wyskoczył w czasie jazdy z wagonu kolejowego w pobliżu Plebańskiej.

W literaturze powojennej poświęconej działalności partyzanckiej na Kielecczyźnie, w powiatach koneckim i opoczyńskim, w lasach wokół Przysuchy pominięto całkowitym milczeniem istnienie tego niedużego oddziału, który bił hitlerowców, żadnej wzmianki o tej grupie nie ma w książkach ani w publicystyce prasowej, mimo iż oddział Tatarów był dla Polaków formacją sojuszniczą. Owo milczenie na temat Tatarów miało swoje poważne przyczyny.

 

Generał Hellmich dokonuje przeglądu tatarskiego batalionu

 

Po przepędzeniu Niemców z Krymu i południowo-wschodniego obszaru sowieckiego imperium Stalin w okrutny sposób rozprawił się z Tatarami z Krymu i Kaukazu. Była to zemsta za to, że Tatarzy przyjaźnie potraktowali wkraczające w roku 1942 wojska niemieckie w przekonaniu, iż Niemcy wyzwalają ich spod tyranii sowieckiej i że z nimi wkracza wolność. Mężczyźni zaciągali się do formacji pomocniczych i policyjnych, tworzyli własną służbę porządkową, pomagali tępić komunistów. Nie mieli wówczas pojęcia o tym, jak już wkrótce zostaną potraktowani przez swoich niemieckojęzycznych wyzwolicieli.

Na polecenie Stalina całą ludność tatarską pod nadzorem NKWD i wojska deportowano w wagonach bydlęcych na Syberię, do Kazachstanu, a część z nich na daleką północ. Wielu z nich nie wytrzymało warunków deportacji, ginęli w drodze na zesłanie i po przybyciu na miejsce zesłania. Po śmierci Stalina ci Tatarzy, którym udało się przetrwać, wracali pojedynczo, małymi grupkami na Krym, a powroty dużych grup rozpoczęły się w dobie pierestrojki Gorbaczowa, Jelcyna. Wracały niedobitki, a w ich domach, winnicach gospodarzyli już inni ludzie – Rosjanie, Ukraińcy. I zaczęła się walka o prawo do odzyskania domów i pól, o prawo do budowania się.

Jedynym trwałym śladem po tatarskiej grupie leśnej na Kielecczyźnie, po ludziach, którzy w samym sercu Polski wyrównywali swoje rachunki z hitleryzmem, pozostała bezimienna mogiła na ziemi koneckiej.

 

Tarcza naramienna noszona przez tatarskich ochotników

 

Źródła:
Zbiory własne autora, relacja Mieczysława Ziomka, żołnierza OS-BCh z Ruskiego Brodu

 

Śledzie rozdane. Najlepsze tatarskie.

Śledzie rozdane. Najlepsze tatarskie. Pod patronatem Gazety [ZDJĘCIA]

Monika Kosz-Koszewska
18.03.2012 , aktualizacja: 18.03.2012 19:10
A A A Drukuj
Wielkie Białostockie Śledzikowanie w Camelocie. Nagrody też były śledzioweFot. Marcin Onufryjuk / Agencja GazetaWielkie Białostockie Śledzikowanie w Camelocie. Nagrody też były śledziowe
Okazuje się, że najsmaczniejsze podlaskie śledzie to zarazem śledzie tatarskie. Tak przynajmniej orzekło jury konkursu kulinarnego podczas Wielkiego Białostockiego Śledzikowania
Wielkie Białostockie Śledzikowanie w Camelocie
Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta
Wielkie Białostockie Śledzikowanie w Camelocie
Wielkie Białostockie Śledzikowanie w Camelocie
Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta
Wielkie Białostockie Śledzikowanie w Camelocie
Wielkie Białostockie Śledzikowanie w Camelocie
Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta
Wielkie Białostockie Śledzikowanie w Camelocie
Choć hetman Branicki śledzi się wystrzegał, dając je podwładnym - jak opowiadał historyk Andrzej Lechowski, to my białostoczanie nie powinniśmy się oburzać, gdy ktoś wyzwie nas od "śledzi". Co do tego byli zgodni uczestnicy drugiego już Wielkiego Białostockiego Śledzikowania, którzy z inicjatywy stowarzyszenia Dorzecze zebrali się w niedzielę w restauracji Camelot, by smakować, dyskutować i żartować o rybie, która przybrała też postać specjalnych statuetek.

Rywalizowało o nie aż 14 potraw zgłoszonych do konkursu kulinarnego przez podlaskich restauratorów, ale i indywidualnych smakoszy. Każdy miał na śledzia inny pomysł, po degustacji i długich obradach jury nagrodziło trzy najlepsze potrawy.

- Za każdym razem była to autorska kreacja, ale miało to także coś wspólnego z konkursem plastycznym, bo przybrać śledzia, to sztuka. Zazwyczaj występuje w szarym kostiumiku, a ubraliście go iście po królewsku, niczym kreatorzy mody - zachwalał wszystkie potrawy wspomniany Andrzej Lechowski, jeden z członków komisji konkursowej, który podczas spotkania opowiadał też o związkach śledzi z Białymstokiem.

Pierwsze miejsce otrzymała Dżenetta Bogdanowicz prowadząca Tatarską Jurtę w Kruszynianach. Do konkursu zgłosiła dwie potrawy - śledzia w oleju ze smażoną na brązowo cebulą oraz w sosie musztardowo-miodowym. Wygrał ten drugi. Koleje miejsce na pudle i statuetkę ufundowaną przez redakcję "Gazety" otrzymała węgierskarestauracja Tokaj za "śledzia za burtą" z puree. A na trzecią nagrodę zasłużyła Szybka Rybka. Jej patent to śledź z kiszoną kapustą i ziemniakami w mundurkach.

- Myślę, że o wygranej zdecydował ten nasz tatarski smaczek, czyli połączenie ostrego ze słodkim. Tutaj użyłam musztardy z naturalnym miodem. Samego śledzia nie moczymy też za długo, wręcz przeciwnie, wystarczy go tylko wstrząsnąć i taki jest najlepszy - mówi laureatka pierwszej nagrody. - Uważam, że taka impreza to świetny sposób na promowanie regionu. Absolutnie nie powinniśmy się wstydzić tego śledzikowania, wręcz przeciwnie trzeba by to wykorzystać jako atut, coś charakterystycznego i sympatycznego - podkreśla Dżenetta Bogdanowicz.

O szacunek dla "śledzia jako symbolu" przez organizację takiej właśnie imprezy w Białymstoku, walczy Andrzej Fiedoruk, socjolog, autor książek kucharskich i publikacji na temat kulinariów, prezes stowarzyszenia Dorzecze. Oby nie zabrakło mu zapału za rok, a święto śledzia stało się imprezą cykliczną. Tym razem opowiadał o śledziach w kuchniach świata. Było i o zemście Wikingów, czyli śledziu kiszonym w wersji szwedzkiej, który tak śmierdzi, że trzeba go otwierać pod wodą, i o tym, że w Japonii śledzie wyłowiono co do sztuki, więc stały się rarytasem. A na podlaskie stoły dotarły stamtąd w formie sushi, którego przyrządzania także można było się nauczyć w niedzielę.



Więcej... http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35241,11367788,Sledzie_rozdane__Najlepsze_tatarskie__Pod_patronatem.html#ixzz1qqdl8qpq

 

Koszoły w rękach tatarskich dowódców

Koszoły w rękach tatarskich dowódców

Było ich trzech: Aleksander Ułan, Czymbaj Murza Rudnicki i Józef Bielak. Wszyscy byli Tatarami i dowodzili najsłynniejszym pułkiem lekkiej jazdy, którą w XVIII wieku zaczęto nazywać ułańską. I każdy z nich, kolejno, był właścicielem podłomas-kich Koszoł.

Może to atmosfera Łowczyc (pod Nowogródkiem na dzisiejszej Białorusi – przyp. red.) i znajdującego się tam grobu tatarskiego świętego i mistyka Ewalija Kontusia, którego ponoć Allach obdarzył mocą codziennego przenoszenia się na modlitwę poranną do Mekki? Mogiła Kontusia znajdowała się tuż przy meczecie, a licznie przybywający do niej pielgrzymi składali przy niej ofiary na Jasień, czyli modły błagalne. Wkrótce zresztą mizar w Łowczycach zasłynął cudownymi uzdrowieniami, a do muzułmańskich pielgrzymek zaczęła dołączać także ludność chrześ-cijańska i żydowska.
Może to domowe opowieści o rycerskich przodkach, z których jeden – Mustafa Bialak – w 1655 roku był komendantem chorągwi tatarskiej Samuela Juszyńskiego? Może jako Tatara z krwi i kości zwyczajnie od urodzenia pociągały go lance i konie? A może spełnił tylko obowiązek służby wojs-kowej przekazywany z pokolenia na pokolenie? Być może wszystko to jednocześnie złożyło się na wybór przez młodziutkiego Józefa Bielaka żołnierskiej drogi życiowej i wyruszenie na wojnę siedmioletnią? Dziś trudno dociec. W każdym razie z biegiem lat droga ta okazała się jak najbardziej słuszna. Bielak, w późniejszym czasie generał Bielak, zyskał sobie sławę żołnierza znanego w całej Rzeczpospolitej i w niczym nie ustępował swoim poprzednikom dowodzącym tak jak on najsłynniejszym pułkiem tatarskim w polskim wojsku.

Na fotografii Stefan Bielak (1868-1907)


Dowódcy IV Pułku Przedniej Straży Wojsk Wielkiego Księstwa Litewskiego nie tylko rozsławiali tatarską waleczność, ale też Koszoły, w których odpoczywali od wojennego trudu. – Niewielu mieszkańców naszego terenu o tym wie. A warto – przekonują organizatorzy przygotowywanego we wsi pikniku pod nazwą „Koszoły – wieś z tradycją, przyjazna ludziom i naturze”, który ma przypomnieć nie tylko tatarski okres z przeszłości wsi.

Najpierw była Kniażaja Łąka

Osadnictwo w okolicach Koszoł wiąże się z tak zwaną kolonizacją samorzutną. – Pierwotnie wieś nosiła nazwę Kniaża, a po raz pierwszy pojawiła się w dokumentach z 1541 r. sporządzonych w czasie rewizji królewszczyzn starostwa brzeskiego – informuje regionalista Sławomir Hordejuk. – Jest w nich mowa o trzech gospodarzach, którzy odiedlili się w okolicy Koszoł, wycinając fragment puszczy i nie płacąc przy tym zobowiązań na rzecz dworu. Jedne z zasiedlonych przez nich od sześciu lat grunty mierniczy nazwał właśnie Kniażają Łąką, która dała początek dzisiejszym Koszołom. Z kolei dwie sąsiadujące z nią polany leśne wiążą się z powstaniem Huszczy i Tucznej. Można przypuszczać, że w drugiej połowie XVI wieku wieś liczyła około 260 mieszkańców.
W Kniażej najwięcej, bo aż cztery włóki, zasiedlali Koszołowicze. Może dlatego w późniejszym czasie miejscowość zaczęto nazywać właśnie Koszołami. Prawdopodobnie po wojnach ze Szwecją, w I połowie XVII w., we wsi powstał folwark. – Nastawiony był głównie na produkcję zbożową, a transport zboża odbywał się płynącą tu rzeką Lutnią (do Krzny i Bugu, a dalej Wisłą do Gdańska). Rzeka miała wówczas o wiele szersze koryto, o czym świadczą zachowane jeszcze do dziś starorzecza – wyjaśnia Hordejuk. Wraz z zabudowaniami folwarcznymi powstał również dwór (dziś północny fragment wsi, gdzie usypany jest pagórek).
Wiek XVII to okres licznych wojen prowadzonych przez Rzeczpospolitą. Wojenne działania nie ominęły również Koszoł. – Znacznych spustoszeń dokonały tu najazdy kozackie, a skali zniszczeń dopełnił najazd szwedzki i prowadzona w tym czasie wojna z Rosją. Wskutek tego wieś została niemal w całości zniszczona, a liczba okolicznej ludności spadła wówczas o blisko połowę – mówi regionalista.

W okolice Białej trafili po buncie Lipków

Na początku XVIII w. majątek Koszoły znalazł się w posiadaniu Tatarów. Była to czwarta wieś nada­na im na południowym Podlasiu. Dlaczego polscy władcy tak chętnie obdzielali ich ziemią? Tatarzy służyli w polskim wojsku od czasów unii polsko-litewskiej, a w zamian za służbę obdzielano ich właśnie gruntami. Od drugiej połowy XVI w. zarówno w wojsku polskim, jak i litewskim zaczęły powstawać chorągwie, które służyły nie jak dotychczas z obowiązku ziemskiego, ale za żołd. Jednak już w latach 60. XVII w. skarb Rzeczpospolitej zaczął zalegać z jego wypłatą. Pogarszająca się sytuacja prawna, religijna i ekonomiczna doprowadziła do tego, że część chorągwi tatarskich przeszła na stronę turecką. Wydarzenie nazywane „buntem Lipków” niosło dla kraju duże zagrożenie. Tatarzy bowiem stanowili groźną siłę militarną, co wykorzystywali Turcy. Nic więc dziwnego, że w 1673 r. sejm, by zachęcić zbuntowanych do powrotu, potwierdził ich dawne prawa i przywileje oraz uwolnił odbywających służbę wojskową od pogłównego i innych świadczeń. Dano też obietnicę wypłaty zaległego żołdu.
Na efekty nie trzeba było długo czekać. Tatarzy wracali pod skrzydła Polski. Wtedy też pierwsi z nich pojawili się w rejonie Białej Podlaskiej. W zamian za zaległy żołd 12 marca 1679 r. w Grodnie król Jan III Sobieski nadał Tatarom z oddziałów rotmis-trza Samuela Murzy Koryckiego wsie Lebiedziew i Małaszewicze w ekonomii brzeskiej oraz kilka wsi w ekonomii kobryńskiej. Rotmistrzowi Danielowi Szabłowskiemu przyznał włości w Małaszewiczach, a rotmistrzowi Samuelowi Romanowskiemu i jego żonie Reginie z Kieńskich – ziemie w Studziance, wsi położonej w ekonomii brzeskiej. Osadnictwo tatarskie kontynuowali królowie sascy. Wtedy też rozpoczął się 130-letni okres tatarskiej historii Koszoł. I choć organizatorzy zbliżającego się pikniku na tej części historii się nie zatrzymają, my – tak.

Pułkownik Ułan i jego jazda

A zatem w osiemnastym stuleciu do Koszoł przybyli Tatarzy. I to nie byle jacy. W 1711 roku August II Mocny nadał wieś rotmistrzowi Aleksandrowi Ułanowi. Otrzymał on 48 włók, z czego trzy wydzierżawił, a jedna należała do tutejszej cerkwi. Kim był? Dowódcą chorągwi tatarskiej, a później złożonego z ośmiu chorągwi pułku, który miał na swoim koncie wiele zwycięskich potyczek. Wziął między innymi udział w wojnie domowej 1715-1716, stając po stronie króla Augusta II. Władca odwdzięczając się rotmistrzowi, w 1717 r. przeniósł jego pułk z armii koronnej na żołd w armii saskiej. Sam Ułan w 1724 r. mianowany został pułkownikiem i dowódcą tatarskiego pułku nadwornego. Dziesięć lat później, w 1734 r., objął dowództwo powstałego właśnie IV Pułku Litewskiego Przedniej Straży składającego się z chorągwi tatarskich, które zostawiły olbrzymi ślad w historii Polski.
Były szybkie i zwinne, i to był największy ich atut. Chorągwie tatarskie, czyli lekka jazda gromadząca doskonałych jeźdźców i żołnierzy. Świetnych do zadań zwiadowczych, dalekich zagonów i błyskawicznych podjazdów. Do ich sławy przyczyniła się broń dotychczas na zachodzie nieznana – lance z proporczykami. Skrawki materiału szumiącego na wietrze wywoływały popłoch koni przeciwnika. No i taktyczna nowość, tak chętnie przez Tatarów stosowana: uderzenie kawalerii lekkiej masą (na sposób dawnej husarii) i łamanie oporu przeciwnika za pomocą brawurowej szarży przy użyciu samych tylko lanc.
Z czasem lekką jazdę chorągwi tatarskich zaczęto nazywać jazdą ułańską, a ich żołnierzy – ułanami. W języku tureckim słowo „oghłan” znaczy po prostu młodzieniec, ale nazwy tej zaczęto używać wówczas, gdy pułkiem dowodził nie kto inny jak właściciel Koszoł – pułkownik Aleksander Ułan. Przyjmuje się, że to właśnie od jego nazwiska wzięło się określenie wojskowej formacji, która utrzymała się nawet po śmierci Ułana. W latach późniejszych pułki ułańskie zaczęto tworzyć w armiach zachodnich. Ostatecznie za Napoleona nazwa ta rozszerzyła się na wszelką lekką jazdę uzbrojoną w lance.

Pierwszy tatarski generał w Koszołach

Nic dziwnego, że zasłużonego wojskowego August II darzył specjalnymi względami. – Po tym jak nadał mu ziemię w Koszołach, w kolejnych latach (1713, 1720 i 1730 r.) potwier­dził nadane mu przywileje. Zamienił też dotychczasowy obowiązek służby wojskowej na czynsz. Roczny z jednej włóki wynosił 2 tynfy (tynf to dawna moneta polska ze srebra i miedzi o nominale 30 gr – przyp. red.), czyli na przykład w 1724 r. Aleksander Ułan z Koszoł płacił 44 zł. Tak naprawdę była to symboliczna opłata. Na przykład Lebiedziew przynosił rocznie 3 tys. zł przychodu, przy 142 zł czynszu – wylicza Sławomir Hordejuk.
Pułkownik Aleksander Ułan umarł około 1738 r. Po jego śmierci żona Marianna z Achmatowiczów powtórnie wyszła za mąż. Tym razem jej wybrankiem został generał Cymbaj Murza Rudnicki, pieczętujący się herbem Podkowa. – Rudnicki był pierwszym Tatarem w stopniu generała. Pułki tatarskie generała Rudnickiego i pułkownika Mustafy Koryckiego wzięły udział w wojnie sukcesyjnej austriackiej 1740-1748 i wojnie Prus z Saksonią 1756-1763. Walczyły na ziemiach Śląska, Moraw, Czech i Saksonii, odznaczając się dzielnością i rozsławiając swe imię wśród Polaków i żołnierzy Europy Zachodniej. Od 1754 r. Rudnicki był dowódcą IV Pułku Litewskiego Przedniej Straży – mówi Hordejuk.

Najbogatszy w okolicy

To właśnie podczas wojny siedmioletniej mogli spotkać się po raz pierwszy. Czymbaj Murza Rudnicki i spokrewniony z nim, pochodzący ze skromnego rodu tatarskiego we wsi Łowczyce na Litwie, Józef Bielak. Ten młody Tatar na tyle dobrze stawiał swoje pierwsze żołnierskie kroki, że cesarzowa Maria Teresa odznaczyła go złotym krzyżem. Jego zasługi doceniono także w 1762 r., kiedy awansowano go na pułkownika. Na tym kariera Bielaka nie miała się zakończyć. Kiedy rok później Rudnicki umarł, młody Tatar przejął po nim dowództwo pułku. Zresztą nie tylko to.
Był 23 marca 1763 r., kiedy August III Sas nadał Koszoły pułkownikowi, a niebawem generałowi Józefowi Bielakowi i jego żonie Urszuli z Łosiów. Przywilej brzmiał: „(…) wieś Koszoły włók czterdzieści cztery z karczmą, ze wszystkiemi przynależnościami, siedliskami, chłopami, ich powinnościami, budynkami, lasami, zaroślami, łąkami, morgami, przydatkami z karczmy nic nie wyłączając”. Wartość wsi wyceniono wówczas na 400 tynfów. Koszoły dawały wówczas 4 tys. polskich złotych dochodów rocznie.
Bielak nie spoczął na laurach. W kolejnych latach wszedł w posiadanie Kościeniewicz i Wólki Kościeniewickiej (w 1783 r.), a także wsi Połoski i Trojanów. Miał też ziemię w Studziance i Ortelu (Królewskim). Nic dziwnego, że stał się najbogatszym ze wszystkich osiedlonych w okolicach Białej Tatarem. – Skupiając tak rozległe dobra ziemskie, był człowiekiem zamożnym, a jego rodzina nie musiała pracować na roli, zatrudniając w swoim majątku tzw. wyrobników – mówi Hordejuk.

Sąsiedzkie zwady

To bogactwo życzliwości innych Tatarów mu nie przynosiło. Okoliczni rodacy byli bowiem znacznie mniej zamożni, tworząc w większości grupę drobnoszlachecką i drobnoziemiańską. Jak pisze Arkadiusz Kołodziejczyk: „Można przypuszczać, że wśród Tatarów zamieszkujących okolice Białej byli i tacy, którzy w ogóle nie mieli ziemi, zajmując się rzemiosłem, handlem czy służbą u bogatych właścicieli ziemskich”. Nic dziwnego, że finansowe powodzenie Bielaka, tym bardziej że był tu osadnikiem nowym, budziło zawiść. Jak bardzo tatarskie emocje potrafią wziąć górę nad rozsądkiem, czytamy u Stanisława Kryczyńskiego w książce poświęconej generałowi Bielakowi.
Otóż w 1774 r. właściciela Koszoł najpierw zaprosił „przyjaznym listem” Gazej Korycki na swoje wesele do Studzianki, po czym na trzeci dzień od zaślubin wspólnie z Czymbajewiczami i całą swoją rodziną zaatakowali swego gościa pałaszami i „słowy uszczepliwemi lżąc i w ostatnim skrzywdzeniu dyfamując zarąbać, na zdrowiu i życiu pokonać usiłował”. Bielak podobno ledwo uszedł z życiem. Sprawa na tym się nie zakończyła. „Korycki lat jeszcze kilka odgrażał się i na honor nastawał, zarzucając mu nieszlacheckie pochodzenie. W końcu zaskarżył Bielak Koryckiego do sądu ziemskiego w Nowogródku, szlachta tatarska wydała świadectwa dobrego urodzenia i sąd dekretem z 3 lutego 1778 r. orzekł słuszność po jego stronie, zaś Koryckiego skazał na 6 niedziel wieży i 5 tys. zł tytułem odszkodowania”.
Studzianka była niewątpliwie centrum tatarskiego osadnictwa w okolicach Białej. Jak możemy się zatem domyślać, i Józef Bielak, i poprzedni właściciele Koszoł często odwiedzali sąsiednią wieś zamieszkaną przez ponad dwadzieścia tatarskich rodów. Tu bowiem istniała parafia muzułmańska i tu znajdował się jedyny w okolicy meczet. Świątynia muzułmańska wybudowana najprawdopodobniej po 1679 r. ulokowana była w centrum wsi, w miejscu, gdzie dziś mieści się szkoła podstawowa. Nie mogło tu też zabraknąć mizaru, czyli tatarskiej nekropolii. Tatarów charakteryzuje głęboko rozwinięty kult przodków i zmarłych. Nic więc dziwnego, że zwłoki tych zamożnych, poległych z dala od domu, bez względu na odległość sprowadzano do rodzinnej parafii. Tak stało się między innymi z ciałem generała Bielaka.

Dobrzy wojownicy, kiepscy gospodarze

– Tatarzy, choć w swych rękach posiadali rozległe włości, zajęci powinnościami wojskowymi nie byli najlepszymi gospodarzami. Służba wojskowa powodowała, że odrywani od gospodarki osiągali niewielkie przychody. Często też ginęli na wojnach, a same kobiety nie dawały sobie rady z pozostawionymi na ich głowach majątkami – mówi Sławomir Hordejuk.
Tadeusz Korzon, znawca epoki, pisał: „żartowano sobie z ich gospodarki rolnej, ale nikt się na nich nie skarżył, i upatrywano zdatność i ochotę do służby wojskowej w lekkiej kawalerii, i przyznawano im prawa stanu szlacheckiego”. Nic więc dziwnego, że zastanawiano się nad ukróceniem tatarskiej swobody. Próbę taką podjął na przykład podskarbi litewski Antoni Tyzenhauz. By podreperować sytuację materialną państwa, dążył do odzyskania przynajmniej części tatarskich ziem. Plany spaliły na panewce. Zamiast zmniejszenia łask dla Tatarów mieszkających w ekonomiach, doszło do uchwalenia w 1786 r. bardzo korzystnej dla nich uchwały o dziedziczeniu dóbr.
Dotąd nadawano im ziemie na prawie lennym. Zwolnieni od czynszów dzierżawnych, płacili tylko podatki uchwalone przez sejm dla ogółu szlachty. Choć nie mieli praw dziedzicznych, za zgodą króla mogli ziemie sprzedawać, zastawiać lub dzierżawić. W 1697 r. August II zmieniał obowiązek służby wojskowej na czynsz, potwierdzając przy okazji dawne prawa nadane mniejszości. Czynsz, który obowiązywał Tatarów, był niewielki. Wynosił zaledwie 2 zł z włóki rocznie. Tatarzy początkowo nie płacili hiberny ciążącej na ekonomiach, ale ze źródeł wiemy, że już w 1762 r. urzędujący w Koszołach Bielak musiał ją uiszczać. Wspomniana uchwała z 1786 r. dawała mniejszości jeszcze większe prawa – postanowiono zamienić wszystkie dobra tatarskie z lennych i dożywotnich na dziedziczne.

Listy do Poniatowskiego

Rok po otrzymaniu Koszoł, Józefa Bielaka czekało nowe zawodowe wyzwanie. W 1764 r. pułk tatarski, zwany odtąd IV Pułkiem Przedniej Straży Wojsk Wielkiego Księstwa Litewskiego, wszedł w skład wojsk Rzeczpospolitej, a pułkownik Bielak na mocy dekretu nominacyjnego z 17 kwietnia objął stanowisko jego dowódcy.
Pięć lat później, w czerwcu, przyłączył się do związku szlachty w ramach konfederacji barskiej.
– Jeden z jej przywódców gen. Kazimierz Pułaski dwukrotnie przebywał w Koszołach, w czerwcu i wrześniu 1769 r. – informuje regionalista. Warto nadmienić, że IV Pułk pod dowództwem Bielaka liczył w 1786 r. 395 oficerów i żołnierzy, zaś w 1792 r. już 605.
Po upadku konfederacji barskiej (1772 r.) Bielak powrócił do Koszoł. W 1932 r. Stanisław Kryczyński pisał: „Po burzliwem i obfitem w wojenne przygody czteroleciu konfederacji barskiej nastały dla generała Bielaka dni spokoju, ciszy i wypoczynku, które upływały mu z pewnością na wsi w Koszołach w powiecie bialskim. Tu zażywał domowych pociech w otoczeniu licznych synów i córek”. Generał miał za sobą dwa małżeństwa. Z pierwszego został mu syn Abraham. Z drugiego (po śmierci Urszuli ok. 1763 r. Bielak ożenił się z Kunegundą z Tuhan Baranowskich) miał dwanaścioro dzieci: dziewięciu synów i trzy córki.
– Kilku synów generała służyło w jego pułku, m.in. Abraham, Machmet, Mustafa i Samuel. Ze źródeł wiemy też, że podczas pobytu w Koszołach generał prowadził korespondencję m.in. z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim i księciem Antonim Sułkowskim, kanclerzem wielkim koronnym – informuje Hordejuk.

Ostatnia potyczka

W 1792 r. gen. Józef Bielak wyróżnił się w kampanii polsko-rosyjskiej na Litwie. I choć jego udział w niej różnie był ówcześnie oceniany (wypominano mu błędy taktyczne i ociężałość), to i tak okazał się jednym z najbardziej docenionych dowódców.
Po raz ostatni zacięte w walce tatarskie rysy widziano u niego 23 lipca na przedpolach Brześcia, gdzie rozegrała się bitwa, w której brał udział i jego pułk. Kiedy po pięciu godzinach walki Litwini zostali zmuszeni do odwrotu, a kozacy i lekka jazda rosyjska, ścigając ich, w pewnym momencie zaatakowali z lewej flanki, „Bielak rzuciwszy na nich gwałtownie swój pułk Tatarów, rozbił ze szczętem” – wspominał uczestniczący w bitwie generał Szymon Zabiełło.
Za odwagę władze naczelne armii litewskiej przedstawiły go do odznaczenia wojskowym krzyżem zasługi. – Bielak, tak jak i pułkownik Jakub Azulewicz ze Studzianki, jako jedni z pierwszych zgłosili przystąpienie do powstania kościuszkowskiego 1794 r. – informuje Hordejuk. Generałowi nie dane jednak było długo brać udziału w narodowym zrywie. Zmarł między 11 a 24 czerwca 1794 r. Pochowano go na mizarze w Studziance. Wdowa po generale otrzymywała rentę i wyszła powtórnie za mąż za adiutanta Józefa Bielaka – chorążego Mustafę Tupalskiego.
– W 1811 r. Koszoły zamieszkiwało siedemnastu Tatarów. Można przypuszczać, że byli to synowie zmarłego generała, ich żony i dzieci. Jeszcze w pierwszej połowie XIX w. zastępcą wójta koszołowskiej gromady był Tatar Eliasz Baranowski – zaznacza Hordejuk. Przed 1846 r. Maciej Bielak (syn Sulejmana Bielaka, a wnuk generała) i jego żona Marianna z Koryckich podjęli decyzję o sprzedaży koszołowskiego majątku. Jego nowymi właścicielami zostali małżonkowie Serwińscy.
Ponad 130-letnia tatarska historia Koszoł dobiegła końca.

Kamila Kolęda
Этот e-mail адрес защищен от спам-ботов, для его просмотра у Вас должен быть включен Javascript

* Konsultacja historyczna: Sławomir Hordejuk

 

Tatar z Kazimierza

Tatar z Kazimierza
Kazimierski Portal Internetowy, 2006-02-10
Ona. Zuzanna Ndlovu. On. Hózman Mirza Sulkiewicz. Jeszcze czteroletni Franek. I dwuletnia Aniela. Zakręcona rodzinka z… zuluskimi i tatarskimi korzeniami. Z romantyczną miłością w tle.

Imię i nazwisko: Robert Hózman Mirza Sulkiewicz. Wzrost: średni. Znaki szczególne: przenikliwe spojrzenie, bitna natura i fantazyjna bródka. Na co dzień, wraz z żoną, właściciel kultowego "Fryzjera” w Kazimierzu nad Wisłą. Codziennie rano, przy barze i z nieodłącznym laptopem, namiętnie studiuje historię polskich Tatarów. - Pierwsza miłość Mickiewicza - Maryla Wereszczakówna, późniejsza hrabina Putkamerowa. Tatarska krew. Naczelnik Tadeusz Kościuszko. Po matce - tatarska krew. Co znaczy tatarska krew? Uczciwość, uczynność, stałość w przyjaźni. Żaden z Tatarów, co stwierdził Tadeusz Czacki, nigdy nie był szpiegiem lub zdrajcą - mówi z dumą Robert.

Franek marzy o Bożence

Nie może usiedzieć na miejscu. Rano przytula się do smagłej żonki, by choć trochę jej ciepła zabrać ze sobą do "Fryzjera”. Pogada z Frankiem. Przytuli Anielkę. I leci do roboty. Dziś będzie wędził półgęski. Też z tatarskim rodowodem. Wypije colę. I wymyśli coś nowego. Na przykład "Strunę”. Dla Franka. "Struna” to bohater "Ekstradycji”. Czyli Dariusz Jakubowski. Znany także z serialu "Na dobre i na złe”. Wystąpił w "Porankach czytankach”. Knajpa "U Fryzjera” pękała wtedy w szwach.

- Chciałem zrobić coś dla dzieciaków. Bez pieniędzy. Zadzwoniłem do "Struny”. Przyjechał za strawę i spanie. Franek był zachwycony.

Teraz gościem dzieciaków z Kazimierza będzie Andrzej Zieliński. Czyli doktor Pawica z serialu "Na dobre i na złe”.

- Franek marzy o Bożence. Czyli Edycie Jungowskiej. Działamy - śmieje się Robert.

Pradziadek, który uratował Piłsudskiego

Sulkiewicze mają na Powązkach w Warszawie swoje kurhany. W jednym z nich pochowano Aleksandra Sulkiewicza. Bohatera narodowego Tatarów polskich.

- W 1892 roku mój pradziad poznał Józefa Piłsudskiego. Nawiązała się między nimi serdeczna przyjaźń. Został jego najbliższym współpracownikiem - opowiada Robert. I z uwagą studiuje losy Aleksandra. Który zasłynął z przygotowania brawurowej ucieczki Józefa Piłsudskiego z petersburskiego szpitala imienia Mikołaja Cudotwórcy w maju 1901 r. Zginął 18 września 1916 roku, na polu bitwy pod Sitowiczami nad Stochodem, niosąc pomoc rannemu porucznikowi Adamowi Kocowi. - To jest właśnie tatarska krew - mówi z zadumą Robert.

Najpierw w Kazimierzu zakochał się Michał

Czyli ojciec Roberta.
W 1956 roku Michał Hózman Mirza Sulkiewicz miał osiemnaście lat i po raz pierwszy przyjechał do Kazimierza nad Wisłą.

- Urocze krzywe domki z przybudówkami dolepianymi przez lata i drewnianymi werandkami, letnie kuchnie i piwniczki w cieniu włoskich orzechów sprawiły, że uznałem to miejsce za raj. Było ciepło i cicho, pachniało dymem z podwórkowych suszarni - wspomina znakomity scenograf filmowy i dekorator wnętrz, historyk sztuki, który dziś ma za sobą realizację 50 filmów.

- Ojciec zasłynął wśród aktorów ze znakomitych nalewek, a jego sławną wiśniówkę pili ci najsławniejsi. Nalewki robi od kilkudziesięciu lat. Wykazuje anielską cierpliwość - opowiada Robert.

Dziś w Kazimierzu wiśniówkę według przepisu Hózmana, z etykietą zaprojektowaną przez Daniela de Tramecurta robi pan Krzysio. Na butelce widnieje rysunek słynnej kazimierskiej studni. Z tym że pod daszkiem z gontu zamiast studni jest wisienka...

Potem Robert zakochał się w Zuleńce

Robert Sulkiewicz. Od zawsze w Warszawie. Babcia przez 17 lat mieszkała na Zamku Warszawskim. Jej ojciec był kustoszem muzeum. Robert najpierw został czeladnikiem pracowicie wyrabiającym stemple i pieczątki. Następnie został towarzyszem sztuki drukarskiej. Do dziś ręczny skład i stare czcionki nie mają dla niego tajemnic. Chciał wyjechać do Stanów. Nie wyjechał. Został kelnerem. W klubie Stowarzyszenia Filmowców "Ściek”. Następnie pracował u Marcina Kręglickiego w Mekongu. Został menedżerem pubu John Bull. Trzynaście lat temu poznał smagłą i piękną Zuzannę. Zakochał się na zabój.

Orły górą

Po Zuleńce jego drugą miłością są Orły Kazimierz. Od powstania działa w klubie, kibicuje, szuka sponsorów. Seniorzy Orłów po przerwie zimowej rozpoczęli treningi. Trochę później niż zwykle, lecz z nie mniejszym zapałem. Pod wodzą nowego szkoleniowca i pod okiem nowego prezesa. Pierwsze sparingi w Zimowym Turnieju o Puchar Starosty Puławskiego.

- Jednak nasi zawodnicy pokazali, że ambicji im nie brakuje. Rozgromili C-klasowców 9:0 i pokonali w ostatnim meczu eliminacji juniorów Wisły 3:0, zajmując tym samym pierwsze miejsce w grupie - raduje się Sulkiewicz.

Co dobre? - Czeburieki

Rano? - Dla cierpiących po szaleństwach poprzedniego wieczoru "Chory kotek”. Czyli Alkasel-
tzer, żurek i kwas z ogórków.

Dziś Zuzanna i Robert Sulkiewiczowie, pracujący przedtem w kazimierskim "Grillu” Janusza Michalaka, są właścicielami knajpy "U Fryzjera”, stylizowanej na stary szynk.

- A dlaczego "U Fryzjera”? Mieszkańcy Kazimierza zawsze będą kojarzyć to miejsce z zakładem pana Jakubowskiego, gdzie strzygli się i czesali przez wiele lat. Wbrew pozorom, nie golimy z pieniędzy - śmieje się Robert.I staje za stołem, by przyrządzić mi "ajercwibele”.

- Siekasz osiem jaj na twardo, dodajesz drobno posiekaną cebulkę, łyżkę roztopionego tłuszczyku gęsiego, sól i biały pieprz.

Próbuję. Jakież to dobre.

Jeszcze lepsze są tylko czeburieki. Duże, tarskie pierogi pełne soczystego, siekanego mięska. Jak ugryziesz, sok tryska na język.

• Powiedz mi coś o swojej żonie.

- Jest troszeczkę młodsza niż ja i dużo rozsądniejsza. Dzięki jej mądrości tworzymy tak szczęśliwą rodzinkę. Brakuje nam tylko swojego miejsca w Kazimierzu, ale to już niedługo... 
Oryginalna i egzotyczna uroda? Nie zaprzeczę, że jest piękną kobietą, ale pięknych kobiet jest wiele, a mądre i piękne zdarzają się niezwykle rzadko... Ufff - kończy Robert.


Waldemar Sulisz

 

Atak na Centrum Muzułmańskie. Ogień w domu modlitwy

Подробнее...

 

Apel przedstawicieli mniejszości: deklarujcie narodowość

Подробнее...

 

Mniejszości narodowe zachęcają do spisu powszechnego

Joanna Klimowicz
31.03.2011 , aktualizacja: 31.03.2011 16:39
Drukuj

 

Подробнее...

 

Dawny cmentarz mahometański w Sochaczewie

Dawny cmentarz mahometański w Sochaczewie

 

Подробнее...

 

АЛЬЯНСА ТАТАР ЕВРОПЫ

Исэмесез кадэрле дуслар!  Здравствуйте!

Witajcie !

В прошлом году  октябрь  и  ноябрь месяцы  были  очень насыщенными.Мы обсуждали   мое обращение к руководителям и активистам татарских организаций  Евросоюза  по поводу обьединения    татар Европы. Большинство из  Вас согласились с необходимостью  такой организации .Большое спасибо всем за поддержку и за Ваши предложения по ее созданию.    Пришло  время  перейти  к практическим   делам.

W zeszłym roku październik i listopad były bardzo aktywnymi miesiącami. Rozpatrywaliśmy moje zwrócenie się do przedstawicieli i aktywistów tatarskich organizacji Unii Europejskiej, by zjednoczyć Tatarów Europy. Większość z Was zgodziła się na taką organizację. Ogromne dzięki za Wasze wsparcie i pomoc w jej zakładaniu. Nadszedł czas przejścia do praktyki.

Впереди нас  ждет конференция,  на которой   мы должны будем принять необходимые документы. По моей просьбе  доктор социальных наук Рафаэль Муксинов написал Хартию Татар Европы. Предлагаю Вам ознакомиться с этим документом. Если у кого-нибудь возникнут свои предложения или дополнения, пишите  все  обсудим.   В конце недели на Ваше  обсуждение  будет предложен   Устав.

Przed nami konferencja, na której będziemy uzgadaniać potrzebne dokumenty. Za moją namową, doktor socjologii Rafael Muksinov napisał list - manifest Tatarów Europy. Zapraszam Was do zapoznania się z tym dokumentem. Jeżeli ktokolwiek zechce coś uzupełnić lub dodać, proszę pisać, wszystko przeanalizujemy.

Прошу Вас активно включиться в работу. Чем больше вопросов мы обсудим сейчас, тем  меньше будет проблем на конференции .Встречу  предлагается  провести    в штаб-квартире Европарламента в Брюсселе. Надеемся на участие   европарламентариев  ( в первую очередь,   представителей  ваших стран)  и гостей  из Татарстана.  Работа в этом направлении ведется.  Уже получено согласие  участвовать в работе конференции   членов бюро Исполкома ВКТ . Время проведения  назначено предварительно  на конец  марта 2012 г.

Proszę Was, aktywnie  włączać się do pracy. Im więcj pytań padnie teraz, tym mniej problemów na konferencji. Spotkanie planuje się w siedzibie głównej Europarlamentu w Brukseli. Mamy nadzieję na uczestnictwo eurodeputowanych ( w pierwszej kolejności, przedstawicieli Waszych stron) i gości z Tatarstanu. Już rozpoczęły się ku temu przygotowania. Już otrzymano zgodę na uczestnictwo w konferencji członków biura Komitetu Wykonawczego BKT. wykonanie zaplanowano na koniec marca 2012.

Буду очень признателен всем  за оперативность в работе.

С уважением, Флюр  Шарипов. Клайпеда. Литва

Bedę wielce wdzięczny wszystkim za współpracę

z wyrazami szacunku, Fliur Szaripov, Kłajpeda, Litwa.

Fliur Saripov Этот e-mail адрес защищен от спам-ботов, для его просмотра у Вас должен быть включен Javascript

Х А Р Т И Я

АЛЬЯНСА ТАТАР ЕВРОПЫ (ХАТЕ)

 

manifest

1.Рассеянные по всему миру татары образуют международный Союз общественных обьединений «Всемирный конгресс татар», татаы Европы – « АЛЬЯНС ТАТАР ЕВРОПЫ » (АТЕ).

1. Rozsiani po całym świecie Tatarzy ustanawiają międzynarodowe stowarzyszenie dobrowolnego zjednoczenia "Światowy Kongres Tatarów", Tatarzy Europy -  « АЛЬЯНС ТАТАР ЕВРОПЫ » (АТЕ).

2.Человек обладает естественным правом, сохранять, развивать, свободно исповедовать и представлять свою национальность.

2. Człowiek posiada nienaruszalne prawo, zachowywać, rozwijać, swobodnie posługiwać się i przedstawiać swoją narodowość

3.Татарин везде и всегда сохраняет свою национальную идентичность.

3. Tatar wszędzie i zawsze zachowuje swoją narodową tożsamość

4.Татарский язык для татарина- высшая ценность. Он знает и лелеет родной язык, заботится  о его сохранении и передаче подрастающим поколениям.

4. Tatarski język dla Tatara- największy skarb. Zna i ceni rodzimą mowę, dba o jego zachowanie i przekazywanie następnym pokoleniom.

5.Миссия каждого татарина-сохранение и развитие национальной культуры, вносящей уникальный вклад в сокровищницу мировой культуры.

5. Misją każdego Tatara - zachowanie i rozwój narodowej kultury (tatarskiej),wnoszącej unikalny wkład w skarbiec kultury świata

6.Своей учебой и трудовой деятельностью каждый татарин вносит посильный вклад в развитие  страны соего  проживания  и зарубежной татарской общины.

6. Swoją nauką i działalnością każdy Tatar wnosi wkład w rozwój kraju, w którym żyje, a także zagranicznych tatarskich społeczności.

7.Семья и национальная татарская школа- важнейшие очаги сохранения национального духа. Возвышенная обязанность каждого татарина- укреплять семью , создавать и всячески поддерживать  систему формального и неформального татарского  образования.

7. Rodzina i narodowa tatarska szkoła - ważniejsze organy zachowania narodowego ducha. Najwazniejsza powinność każdego Tatara - umacniać rodzinę, tworzenie oraz w wspieranie formalnej i nieformalnej edukacji tatarskiej.

8.Татарин, проживающий за пределами исторической Родины , создает и поддерживает религиозные, культурные, молодежные и профессиональные общества, а также общества взаимопомощи.

8. Tatar, zamieszkujący poza historyczną ojczyzną, organizuje i podtrzymuje religijne, kulturalne, młodzieżowe i profesjonalne zgromadzenia a także zgrupowania wzajemnej pomocy.

9.Татарин организовывает и поддерживает печатное татарское слово.

9.Tatar organizuje i podtrzymuje druk tatarskiego słowa

1О.Татарин знает и ценит историю, обычаи и традиции своего народа. Но при этом, он должен уважительно относится к национальной культуре и традициям народов  на территории совместного  проживания.

10. Tatar zna i ceni historię, obyczaje i tradycje swojego narodu. Przy tym także powinien z szacunkiem odnosić się narodowej kulturze i tradycjom narodów na terytorium których zamieszkuje.

11.Национальная солидарность- высшее национальное благо. Все татары равны, они-дети одного и того же народа.В единстве наша сила.

11. Narodowa solidarność - wyższe narodowe dobro. Wszyscy Tatarzy są równi, dzieci tego samego narodu. W jedności siła.

12.Татарин в высшей степени лоялен стране своего проживания. Отношения татарина с людьми других национальностей строятся на принципах любви к ближнему, уважении прав и свобод человека

12. Tatar w wyższym stopniu winien lojalność kraju, w którym żyje. Kontakty z ludźmi innych narodowości opierają się na miłości do bliźniego i szacunku do praw i swobód człowieka.


Д.с.н. Рафаэль Муксинов
Вильнюс 14 января 2012 года.

Dr.Socjologii Rafael Muksinov

Wilno, 14 stycznia 2012 roku

 

Zula Janowicz-Czaińska Drotlew

Zula Janowicz-Czaińska Drotlew

Nekrolog

 

Подробнее...

 

Polska Wschodnie Przysmaki

Traveler - National Geographic Polska

Polska Wschodnie Przysmaki

Подробнее...

 

mizar tatarski w Studziance

Jednym z piękniejszych pozostałości po Parafii Muzułmańskiej w Studziance i namacalnym śladem obecności Tatarów w rejonie Białej Podlaskiej jest cmentarz - mizar tatarski w Studziance nieopodal Łomaz. Choć nie czynny od czasów II wojny światowej to budzi zainteresowanie i przyciąga, co roku setki zwiedzających.

Łukasz Węda (Studzianka)

Подробнее...

 

Tatarzy widziani z Rosji i Polski

Według sondażu dla "Gazety Wyborczej" Polacy są podzieleni w sprawie budowy kolejnych meczetów. Nie przeszkadza to 48 proc. Polaków, przeciwnych jest 42 proc. Wciąż Polacy są bardziej tolerancyjni niż inne narody Europy. Np. w grudniu Szwajcarzy opowiedzieli się w referendum za wstrzymaniem budowy kolejnych meczetów.
Tymczasem Liga Muzułmańska przystępuje do budowy nowego meczetu w Łodzi.

Ulitka i Zbigwie

Подробнее...

 

Wstęp do tradycji muzułmańskiej recenzja książki ks. K. Kościelniaka nr II

mam głębokie podstawy by twierdzić, że wywód naukowy w tej książce jest fikcją. Autor kreuje się na autorytet, który rzetelnie referuje poglądy całej orientalistyki na tradycję muzułmańską, zwłaszcza na temat isnadu. Otrzymujemy zamiast poważnej książki łyse twierdzenie, z pewnością o wiele gorzej uzasadnione od twierdzenia P. Crone, na temat tradycji, a wraz z nim, zatrważającą ilość przekłamań, nierzetelności, błędów.

Этот e-mail адрес защищен от спам-ботов, для его просмотра у Вас должен быть включен Javascript

Подробнее...

 

TATARZY POŁUDNIOWO-ZACHODNIEJ LUBELSZCZYZNY

Próbując odnaleźć, dostrzec i poznać muzułmańskie ślady na południowym-zachodzie Lubelszczyzny, badacz natrafia na mur zbudowany z niezachowanych źródeł i nieutrwalonych informacji, z więzi etnicznych, których już nie ma i świadomości zbiorowej, która zanikła. Istnieje tylko pustka, czekająca na zapełnienie.

Andrzej Albiniak

Подробнее...

 

Posłuchaj pan o wymierających wsiach

Starzy poumierali, młodzi wyjechali do miasta. – Myśleli, że tam kiełbasa na płotach wisi i można ją rwać do woli  - mówią Tatarzy, którzy zostali na ziemi ojców. Jest ich tylko garstka.
Maciej Stańczyk / Onet

Подробнее...

 

Euroislam

16-07-2004

Dawid Warszawski

Подробнее...

 

Rodzimy Islam Tatarów

25.05.2004, EP

Elżbieta Południk

Подробнее...

 

ulice Mekki i Medyny w Warszawie

01-01-2003

Jerzy S. Majewski

Подробнее...

 

instrukcja rejestracji

 

Подробнее...

 
Start > artykuły i listy zebrane